sobota, 18 lipca 2015

Pierwsze kroki w Azji


Przed samym wylotem, na Okęciu pojawił się problem. Gdy podeszłam do check-inu okazało się, że nie ma mnie na liście pasażerów. Pracownik linii lotniczych dobre pół godziny próbował wyjaśnić sprawę. Ja w tym czasie kompletnie oszalałam - kupiłam bilet bardzo tanio i bałam się, że był trefny. No i ukraińskie linie lotnicze nie wzbudzały zbytnio mojego zaufania. Chciało mi się płakać i krzyczeć na zmianę, a musiałam czekać, nerwowo spoglądając na zegarek.
Nigdy się nie nauczę, żeby przyjść do odprawy wcześniej, niż na ostatnią chwilę! Klęłam na siebie w duchu, a na UIA jeszcze bardziej. Na szczęście udało się wyklarować sytuację. Bagaż został nadany do Bangkoku, ale mój bilet wydano tylko do Kijowa, bo próbujący mi pomóc pan nie mógł połączyć się z centralą, a ja nie mogłam czekać ani chwili dłużej, musiałam pędzić do bramki na boarding. Przez kolejne 3 godziny zastanawiałam się, czy nie utknę w Kijowie na wieki, a bagaż nie poleci sobie sam do Azji. Podczas przesiadki obyło się bez dalszych komplikacji. No, prawie. Bo mój bagaż podręczny jakimś cudem zamókł w schowku. A miałam tam komputer, tablet i aparat.


Także zamiast spędzić kilka godzin na zwiedzeniu Kijowa usiadłam w lotniskowej knajpie popijając pyszne, ukraińskie piwo i czekając aż torba wyschnie. Na szczęście boarding pass do Bangkoku otrzymałam szybko i bez problemu, pomimo niesamowitego strachu, gdy zmierzałam do stanowiska transferowego.


Po długim locie, który zamierzałam przespać, ale skutecznie utrudniał mi to upierdliwy współpasażer wyszłam w końcu z lotniska. Buchnął mi w twarz niesamowity żar. Mogło być chyba ze 40 stopni. Postanowiłam poszukać taksówki, co nie było takie proste, bo część z nich była "limuzynami", do dziś nie wiem, czym to się różni, bo wyglądały prawie tak samo. Do tego trzeba było skądś dostać bilet z numerkiem do kolejki, więc krążyłam po lotnisku jak opętana, po dobie podróży i prawie 2 dobach bez pożądanego snu.


Można śmiało powiedzieć, że w Bangkoku jest więcej taksówek, niż normalnych samochodów. Podróżowanie taksówką jest bardzo tanie, ale zabiera sporo czasu z powodu wszechobecnych korków. Trochę obawiałam się przechodzenia przez ulice, bo auta i skutery przejeżdżają między pieszymi bez żadnego ładu. Podobne wrażenia miałam na Sycylii.


Tak naprawdę nie zdołałam zobaczyć prawie niczego w Bangkoku. Nigdy nie byłam w tak wielkim mieście, ale po długim locie i z perspektywą dalszej podróży następnego dnia zdecydowałam się tylko przejść po okolicy. Okazało się, że mój hotel znajduje się w dzielnicy czerwonej latarni. Zewsząd machały skąpo odziane panie zapraszając do przybytków wątpliwej reputacji. Szybko zaniechałam dalszego spaceru i zdecydowałam się jak najszybciej poszukać pożywiania. Tajskie jedzenie to zdecydowanie najlepsze zaskoczenie, jakie mnie tutaj spotkało.


Mleko kokosowe pite prosto z kokosa przez słomkę po mnie oczarowało. Miąższ był tak miękki, że dało się go wybrać palcami, jak żelka.


Nie mogłam sobie odmówić także spróbowania ulicznego jedzenia. Ciężko mi było nawet ocenić, co dodano do środka, ale zdecydowanie był to jeden z najsmaczniejszych posiłków, jakie jadłam. Nijak nie da się porównać, do tego, do czego przywykłam w Europie.


Z pewnością jeszcze wrócę do Bangkoku, który był dla mnie pierwszym zderzeniem z zupełnie inną kulturą i światem.
Teraz jednak czas na bardziej dziką część Azji.

2 komentarze:

  1. Masakra, co Ci zalało bagaż? Coś się komuś rozlało?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano zalało, na szczęście szkód nie było. Chyba komuś się woda rozlała. Na szczęście, to była tylko woda, a nie sok, czy inna cola...

      Usuń