poniedziałek, 28 września 2015

Most na Rzece Kwai

Moje wyjazdy do Kanchanaburi zwykle są spowodowane nagłą potrzebą załatwienia czegoś. Dwa ostatnie razy były ciężkie.

Za pierwszym miałam dengę, brak sił aby dotrzeć do granicy, a wiza się kończyła. Więc postanowiłam udać się do urzędu imigracyjnego, gdzie pomimo tego, że słaniałam się na nogach odesłali mnie 2 razy po nowe papiery. Finalnie nic nie załatwiłam. Wiza traciła ważność w niedzielę, piątek dobiegał końca, a jedyną możliwością był powrót w poniedziałek. Weekend w pokoju z klimatyzacją i ciepłą wodą (Koniec desperacji i polowania na ciepły prysznic! Opuściłam chatkę na palach na rzecz prawdziwego tajskiego luksusu)  dobrze mi zrobił. Jednakże w głowie miałam słowa barmana z Sangkhla - opowiadał mi kiedyś o jego znajomym, który przez problem z wizą trafił do więzienia. Warunki były straszne - jako, że nie dawali więźniom jedzenia wabili karaluchy na sczezłą, śmierdzącą  rybę, łapali je i jedli. Wiem, że barman mówi dużo, a niekoniecznie wszystko jest prawdą, ale wizja jedzenia karaluchów mi się nie uśmiechała.
Na szczęście w poniedziałek do urzędu imigracyjnego pojechał ze mną znajomy Taj. Moje papiery znowu nie były dobre (co oficer, to dorzucał nowe i znajdował problem w starych). Kolega wypisał mi wszystko od nowa i wszystko udało się załatwić.
Barman powiedział, żeby nigdy nie jechać do urzędu imigracyjnego bez Taja, bo nic się nie załatwi. Tym razem mówił w 100% prawdę.

Kolejny wyjazd. Piątkowy wieczór, plan na burgera w barze, ciepły prysznic w hotelu, w którym zatrzymały się znajome, no i browar dla dopełnienia wszystkiego. Cokolwiek zaplanuję - nie wychodzi. Skończyłam jadąc do szpitala w Kanchanaburi, w deszczu, po ciemku w vanie bez świateł przednich. Po górach i dziurach. Do tego szefowa kolegi, którego tam zawoziłam dzwoniła do mnie panikując "sprawdź czy żyje, sprawdź czy przytomny, sprawdź czy mruga". Do tej pory nie wiem, o co chodziło z mruganiem. Podsumowując - sceny jak z taniego thrillera. Ale wszystko skończyło się dobrze. No, prawie wszystko i prawie dobrze. Ważne, że wszyscy żyją i nawet naprawiłam światła w vanie przed powrotem.

Ale są też plusy - przypadkowo udało mi się spotkać Beatę z Klubu Polki na Obczyźnie. Okazało się, że przypadkiem mieszkamy w hotelach na przeciwko siebie. Czekam na powtórkę w Bangkoku! :)


Miało być jednak kompletnie o czymś innym, a już wyszedł mi tasiemiec! Więc krótko. Most na rzece Kwai. Widziałam podczas mojej pierwszej podróży do Kancha (i jedynej spokojnej jak na razie).  Spośród wszystkich rzeczy, jakie mogłam zobaczyć zdecydowałam się właśnie na most. Każdy o tym miejscu słyszał, ale tak w skrócie - Death Railway została zbudowana w trakcie drugiej wojny światowej łącząc Bangkok z Birmą. Podczas konstrukcji śmierć poniosło ponad 100 tysięcy ofiar. Most na rzece Kwai został pod koniec wojny zbombardowany. I tu moja ignorancja wychodzi na jaw - jak się okazuje jest dalej przejezdny. Mocno się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam pociąg. Jest to niezła atrakcja turystyczna, dużo ciekawszy sposób na dotarcie z Bangkoku do Kanchanaburi, niż minivan.



Rozważam spróbowanie tej drogi jadąc do Bangkoku już niedługo, także - prawdopodobnie ciąg dalszy nastąpi.

2 komentarze:

  1. Oglądałam film wojenny "Most na rzece Kwai" jeszcze jako niezrónoważona nastolatka.Ostatnio zaś czytałam książkę "Droga do zapomnienia" E. Lomax w której jest mowa o budowie tej sieci.Fantastyczne zdjęcia, na pewno "na żywo" robi ogromne wrażenie?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robi wielkie wrażenie. Niesamowite miejsce. Tak samo jak cmentarz poległych przy budowie, który znajduje się niedaleko (napiszę o nim niebawem). Chętnie przeczytam tę książkę, brzmi zachęcająco.

      Usuń