środa, 9 września 2015

Welcome to the Jungle!

Po dwóch intensywnych miesiącach czas w końcu napisać coś o Sangkhlaburi.

Chyba trzymam się nieźle, jak na to, że przeżyłam trzęsienie ziemi, wypadek na skuterze z kolegą i psem na tylnym siedzeniu, a co za tym idzie także tajską karetkę i szpital w Sangkhla (obyło się bez tragedii na szczęście), bomby w Bangkoku, srogie problemy w pracy, pogryzienie przez psa, dengę, po której na szczęście już dochodzę do siebie. Inne problemy, po których trudniej mi się doprowadzić do względnego ładu i spokoju ducha muszą minąć same. Wierny, tajski przyjaciel Chang zawsze pomaga (Chang to nazwa lokalnego, bardzo popularnego piwa).


Kiedy przyjechałam wszystko było dla mnie sporym szokiem. Gorąco na przemian z ulewnym deszczem, który zaczyna się tak samo niespodziewanie, jak się kończy. Nietoperze wielkości kotów latające nad głową, kiedy jedzie się skuterem po zmroku. Ruch lewostronny i przy tym brak jakichkolwiek zasad na drodze - kto pierwszy ten lepszy, a i nikt się nie fatyguje, by używać kierunkowskazów. Tankowanie benzyny w każdym sklepie z 1,5l butelek po fancie.


Jedzenie  pyszne, to chyba najlepsze, co mnie w Tajlandii spotyka. Tyle wspaniałego jedzenia! I do tego takie tanie. Żywię się (i piję) głównie w jednym barze. Warunki pracy przypominające mój ulubiony serial M*A*S*H. Przez pierwszy tydzień znalazłam tyle podobieństw, że aż nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Pozostało przywyknąć. Przywykłam również do tego, że rozwiązuję problemy całej wsi. Że ludzie czasem pytają jak leczyć dzieci, bo nie ufają (nie mogę wymyślić innego motyw tego działania) lekarzom w szpitalu. Że tutaj, jak pies zagryzie kurę, to nie wystarczy za nią zapłacić - bardzo łatwo za to wdać się w bitkę. Że kiedy potrzebuję leków do pracy mogę dostać je w aptece, lub lokalnym szpitalu, jeśli to wybitnie naglące. Nikt nigdy nie pytał o pozwolenie. Każdy może kupić wszystko. O ile jest dostępne, a wiele nawet podstawowych rzeczy niestety nie jest. O adrenalinę musiałam wręcz błagać w kilku miejscach, zanim ktoś znalazł dla mnie kilka fiolek. Kiedy jeżdżę po większe zaopatrzenie do miasta (w tym po anestetyki!) też nikt o nic nie pyta. To wszystko sprawia, że zdecydowanie czuję się jak w M*A*S*H'u.


Świat jest inny, życie jest zupełnie inne. Czasem jest cudownie, jak w raju. Czasem zwyczajnie chujowo i ciężko sobie poradzić z codziennością.

Notka chyba wyszła trochę jak chaos. Ale tak, wszystko tutaj to CHAOS. Więc nic lepiej go nie odwzoruję.

3 komentarze:

  1. O co chodzi z tymi dwoma "mostami" na pierwszym zdjęciu? Ten wysoki to kolejowy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten duży most to najdłuższy drewniany most w Tajlandii zbudowany "ręcznie".
      Kiedyś sie zawalił i na czas naprawy zbudowano na szybko ten drugi, dryfujący na wodzie, żeby było jak się dostać na drugą stronę. I w tym roku po porze deszczowej też się popsuł, kilka miesięcy po zrobieniu zdjęcia.

      Usuń
    2. A, i można na niego tylko wchodzić pieszo, zakaz skuterów itd.

      Usuń