wtorek, 13 października 2015

Rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić w moim kraju.

Kiedy przyjechałam mogłabym powiedzieć - WSZYSTKO. Z czasem niektóre rzeczy "z innego świata" stają się normą, inne będą dziwne chyba do końca mojego pobytu w Tajlandii. Zatem - co to takiego?

Ludzie
Mieszkając w innych krajach przekonałam się, że ludzie są bardziej życzliwi niż w Polsce. Jednak Tajlandia zaskoczyła mnie najbardziej. Ilość ludzi, którzy ledwo mnie znając byli serdeczni, pomagali nie oczekując niczego w zamian jest zdumiewająca. W tej grupie znajdują się zarówno Tajowie, jak i inni imigranci. Może to kwestia tego, że mieszkam w maleńkiej miejscowości w środku dżungli, gdzie każdy każdego zna. Porównując jednak do Polski - w naszych wsiach życie tak nie wygląda. Nie wiem, w zasadzie przyczyna jest mało ważna. Ale nadal ciężko mi czasem uwierzyć, że ktoś może zrobić aż tyle dobrego, dla nieznajomej osoby.

Zwierzęta
Niektóre świetne i patrzę na nie z podziwem. Motyle są ogromne, nierzadko widuję większe, niż moja dłoń.


Nietoperze, które po zmroku budzą się i można je zobaczyć dosłownie wszędzie. Kiedy na samym początku jechałam skuterem i przeleciał nade mną nietoperz wielkości kota mało z niego spadłam z wrażenia, bo nie wiedziałam co to. Nietoperze są świetne. Wielkie żaby wydające dźwięki, jak muczenie krów. Nawet się zastanawiałam jakim cudem pod moim hotelem krowy słychać w nocy. Znajomy uświadomił mnie, że to tajskie żaby. Do tego węże. Ostatnio mamy sezon na węże. Pod domem znajomej siedzi ogromna kobra. Jak się skończy pora deszczowa będzie jeszcze więcej węży - może w końcu uda mi się zrobić dobre zdjęcia. Do tego wszelkie jaszczurki, przede wszystkim wszechobecne gekony. Gekony polują na robactwo, którego nie cierpię z całego serca, więc zyskały moją szczególną sympatię. Robactwa zwyczajnie się boję. Nie wiem, co może mnie użądlić i zabić, co poza komarami przenosi choroby, a co jest tylko ohydne. W moim pierwszym mieszkaniu było mnóstwo wielkich karaluchów (niektóre latają...). Teraz jest lepiej, karaluchów brak, ale kilka dni temu na ścianie w łazience widziałam skorpiona. Mój kwik obudził chyba całą wieś.


Do tego pająki. Niektóre małe i okropne, niektóre wielkie i jeszcze okropniejsze. Znajomy, u którego mieszkam widział w ogrodzie jakiś czas temu tarantulę. Z mojego pierwszego pokoju wyniosłam się, kiedy zobaczyłam wielkiego, włochatego pająka. Niestety w nowym mieszkaniu znalazł się jeszcze większy. Nie sposób ich uniknąć.

Ruch drogowy
Ruch lewostronny na początku mnie bardzo zbijał z tropu, ale przywykłam. Ale przepisy? Brak przepisów! Przynajmniej takich, których by ktokolwiek przestrzegał. Bo tutaj każdy jedzie się napić do baru. Niecodziennością byłoby pójść na nogach, czy wziąć taksówkę. Tu się do knajpy, czy na imprezę PRZYJEŻDŻA. Jazda pod prąd, czy środkiem drogi (np. pick upem, z góry środkiem - czemu nie?)
Funkcjonują za to proste zasady - pierwszeństwo ma większy samochód, lub ten kto szybciej wjedzie na skrzyżowanie. Osoba z przodu nie patrzy w lusterka i ten co jest z tyłu musi uważać i tyle. Niektórzy mają lusterka poprzekręcane we wszystkie możliwe strony, abo nie mają ich wcale. Po co komu lusterka?
I co w tym najdziwniejsze? Minimalna ilość wypadków.

Poczucie czasu
Po życiu w krajach Ordnungu - Szwajcarii i Niemczech (Finlandia w sumie też jest nieźle zorganizowana) doznałam ogromnego szoku. Załatwienie czegokolwiek w Tajlandii (a już na pewno w tajskim urzędzie) graniczy z cudem. Najprostsza rzecz zajmuje wieki. Tajowie nigdy się nie spieszą, zostawiają napoczętą rzecz, żeby zająć się inną, a potem następną i następną. Potem jest szansa, że wrócą do tego, co zaczęli. Nie ma co liczyć, że uda się coś zrobić w ustalonym terminie. Spóźnienia są na początku dziennym, godziny otwarcia sklepów i innych miejsc zmieniają się jak chcą, a rozkładów zwyczajnie nie ma. Czasem gdy nie można czegoś zrobić/kupić odsyłają gdzie indziej (nie do końca chyba wiedząc gdzie), a potem dalej i dalej. I tak kupno żarówki do samochodu może zająć pół dnia. Nie pozostaje nic innego, jak zapomnieć o planach, wyluzować się i płynąć z prądem.

Chilli
Nie sposób znaleźć tutaj jedzenie, które nie jest podawane na ostro. Nawet owoce je się z cukrem z chilli. Potrawy tutejsze zawierają w sobie potężne ilości papryczek. Nigdy nie byłam fanką pikantnej kuchni, więc mimo iż tajskie jedzenie jest przepyszne, to muszę bardzo uważać, co zamawiam. Pierwsze, czego nauczyłam się po tajsku, to "mai pet" - "nie ostre", co zawsze mówię przy zamawianiu jedzenia. A i tak wersja łagodna po tajsku powoduje, że płaczę, z nosa leci, uszy zatyka. Mimo to - tajska kuchnia jest najlepsza na świecie.:)

***

Post napisałam w ramach projektu jesiennego Klubu Polki na Obczyźnie.

2 komentarze:

  1. W egzotycznych krajach najbardziej przerażają mnie właśnie pająki... a gdzie cieplej i bujniejsza flora i fauna, tam niestety ich więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okropne są, boje się diabelnie. Na szczęście w Sajgonie ich nie ma, gekony ledwie widuję.

      Usuń