sobota, 30 stycznia 2016

Doi Inthanon

Znów przenosimy się z Wietnamu do Tajlandii.
Mam sporo do nadrobienia z mojej podróży oraz z czasu, kiedy mieszkałam w środku niczego :)

***

Doi Inthanon. Najwyższa góra Tajlandii, początek Himalajów. Kiedy byłam w Chiang Mai po prostu nie mogłam pominąć tego miejsca.
Słyszałam, że zimno, wieje, ślisko, droga paskudna i w ogóle ciężko.


Ale nie ma co się zrażać. Ja nie dojadę? Wypożyczyłam skuter i wczesnym (jak na nasze możliwości) rankiem pomknęłyśmy do parku narodowego Doi Inthanon. Wyjechanie z Chaing Mai to obłęd, szczególnie przy mojej marnej orientacji w terenie. Kręciłam się chyba z 20 minut w kółko zanim się udało dotrzeć na drogę wylotową. I tu już poszło lżej, prosto przed siebie! Gdzieś tak w połowie drogi już bolał mnie tyłek i zrobiło się niemiłosiernie zimno. Wszystkie ciuchy na siebie i jedziemy dalej po małej przerwie. Jak już myślałam, że jesteśmy u celu (z tego, co mi pokazywał licznik kilometrów i Google Maps), okazało się, że to początek parku narodowego dopiero. I że jeszcze kolejne 25 km przed nami, dopiero teraz naprawdę pod górkę i naprawdę zimno.


Poczułam się jak jesienią w górach w Polsce. Jechałam tak i miałam wrażenie, że się przeteleportowałam. Zupełnie inne rośliny, niż widziałam wszędzie w Tajlandii do tej pory, dość mocny wiatr, zimno. Zimno było bardzo, ledwie dawałam radę trzymać kierownicę, a skuter również ledwie dawał radę jechać pod coraz większą górę. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy na końcu drogi okazało się, że udało nam się wjechać kilkaset metrów wyżej, niż na Rysy. A więc szalonej wspinaczki nie będzie tym razem!


Szybko się rozejrzałyśmy i trzeba było znaleźć coś ciepłego do jedzenia i wypicia. Po ponad pół roku grzania się w co najmniej 30 stopniach mój organizm ogłupiał. Ale w końcu styczeń, w końcu Himalaje. Trzeba przetrwać. Ku mojej wielkiej radości udało mi się kupić rękawiczki, co oznaczało, że droga powrotna do Chiang Mai będzie dla mnie dużo łatwiejsza


Ja zamarzałam, a widzicie panią za mną, na drugim planie? Było około 11 stopni w tamtej chwili, a ona w krótkim rękawku! Chyba dopiero niedawno przyjechała do Azji :)
Ciepła herbata i zupka chińska smakowały wyśmienicie. I zrobiło się trochę cieplej. No to można było powłóczyć się tu i tam.


Z jednej strony dżungla, jak wszędzie w Tajlandii. Tylko ptactwo podejrzanie podobne do naszych bażantów. Z drugiej strony znów widoki, które bardziej przywodziły mi na myśl polskie góry.


Było pięknie w każdym razie. I spełniłam jedno z marzeń - być w Himalajach. Niby nie były to takie wielkie, ośnieżone Himalaje, ale zawsze! Od czegoś zacząć trzeba. Małymi krokami.
W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o Phra Maha Dhatu Naphamethinidon i Naphaphonphumisiri Pagoda.


Malunki na ścianach tam wyglądały niczym obrazki z książek do RPG.


Chciałyśmy jeszcze odwiedzić kanion. Ale benzyny brakowało nam, a jechanie tam znaczyłoby dołożenie około 37 kilometrów. Nie chciałam pchać skutera z pustym bakiem w zimnie i po ciemku, a nikt nie potrafił nam pokazać, gdzie kupić benzynę. Jak to w Tajlandii każdy pokazywał w inną stronę. A tak naprawdę, to nie ma i tyle.

Droga powrotna była jeszcze zimniejsza, bo i wieczór nadszedł i ciemność. Jak tylko dotarłyśmy do Chiang Mai pierwszą misją było co? Znalezienie zupy i herbaty. Do walki z zimnem.
I tak właśnie wyglądał mój najzimniejszy dzień tej zimy :)

2 komentarze:

  1. Ha! to zdanie "W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o Phra Maha Dhatu Naphamethinidon i Naphaphonphumisiri Pagoda." brzmi, jakbyś pod koniec zaczęła się krztusić :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały Tajski tak brzmi. Cokolwiek człowiek nie próbuje zapisać. A najgorsze, że jak już nauczyłam się jako-tako te charknięcia artykułować, to się wyniosłam do jeszcze gorszych - cingciangciong.

      Usuń