środa, 20 stycznia 2016

Goodbye, Farewell and Amen

Ostatni dzień w Tajlandii. Nie bez powodu tytułem tego posta został tytuł ostatniego odcinku M*A*S*H.

Straciłam wielu pacjentów, więcej niż przez cały czas przedtem. Głownie przez mashowe warunki. Ale pozytywnych rezultatów było znacznie więcej.


Przeprowadzka do Tajlandii zmieniła wiele w moim postrzeganiu rzeczywistości.  Był to najlepszy czas w moim życiu, a zarazem chyba też najcięższy, pełen trudnych decyzji.
Uwierzyłam, że mogę żyć tak jak chcę. Że wyjazd z Europy i porzucenie niby satysfakcjonującej roboty w Niemczech nie było błędem, mimo iż większość przekonywała mnie, że to nie jest dobra decyzja.
Była.
Nidy nie podjęłam żadnej lepszej.


Mam takie życie, jakie chciałam mieć, ale nie wierzyłam, że mogę. W pędzie do zrobienia kariery omal nie straciłam swojej szansy.
Głownie było dobrze, czasem było naprawdę do dupy. 2 razy myślałam, że umrę, raz mając wypadek, raz mając dengę. Ale nie umarłam i mam się całkiem dobrze.
Głupio myślałam, że spotkałam kogoś, z kim chcę być na dłużej. A gówno. To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że tę podróż, przynajmniej na  razie lepiej będzie przebyć samej.


Hasałam po dżungli. Czasem w błocie po kolanach, z gorączką i dzieckiem kolegi na ramionach. Czasem w zacnym towarzystwie (jak zwykle, każdy obiecywał odwiedzić, odwiedziła tylko Gandzia :), tylko z mokrymi butami i prawie mając zderzenie z minibusem po drodze.


Po dżungli i nie tylko jeździłam też skuterem. Czasem po kilkaset kilometrów. Czasem na zepsutym skuterze. Złapałam kapcia w środku niczego wracając z Birmy i co robić? Siąść i płakać? No prawie. Ale nie ma rady, jak zwykle się udało rozwiązać problem.
Udało mi się też zerwać pasek zaraz pod mechanikiem w Thong Pha Phum, którego akurat, na moje szczęście nie było w zakładzie.


Zajechałam nawet w... Himalaje. Wielkie było zdziwienie, gdy okazało się, że da się wjechać skuterem wyżej, niż na Rysy. I że skuter dał radę. Jeszcze większe, że tam jest cholernie zimno, po pół roku większego upału. Tajskie góry urzekły mnie, żałuję, że nie miałam czasu, aby zostać tam dłużej.


Ciężko wybrać, co było najbardziej zachwycające, ale szczególne wrażenie zrobił na mnie kanion w Pai. Czułam się nieco, jak w innym świecie. I w ciągu dnia nie było tam AŻ TAK zimno.  No i aby uniknąć zimna na koniec trzytygodniowej wycieczki przeniosłam się na piękną Koh Tao.
Nie wyobrażam sobie, że rok temu w grudniu/styczniu przetrwałam koło podbiegunowe!


I po pływaniu z rybami, krabami, jeżowcami i rekinami (których nie było), wróciłam do Kanchanaburi.

Jutro po raz kolejny przenoszę się gdzie indziej. Znowu niepewność i ciekawość. I znowu będzie wspaniale.

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. :)

2 komentarze: