środa, 27 stycznia 2016

Wietnam - jak żyć?!

Pierwsze dni za mną. A co za tym idzie - jestem w wirze załatwiania spraw wszelakich.
A jak to w Azji - łatwo nie jest.

Na pierwszy ogień poszła karta parkingowa. I tu już problem - bo biuro nieczynne w godzinach, kiedy ja mam czas. No to dzień wolny w pracy dzisiaj na załatwianie. I jak tylko biuro otworzyło się poszłam tam, ze wszystkim co mieć powinnam. Oczywiście jak to w Azji - gówno prawda.
Brakuje mi czegośtam czegośtam (cholera raczy wiedzieć czego). No to jadę do pracy dowiedzieć się, co to to coś jest i to zdobyć.
Rada od szefa - trzeba było się wydrzeć na nich tam w biurze, to bym załatwiła, bo te wymagania to bullshit jest. Uznałam, że jednak spróbuję, jak należy. Ale kto wie co mi za papier potrzebny i gdzie on jest? Ktoś podobno wie.
Zostawiam sprawę i jadę do szpitala na badania. Tam mnie prowadzają od pokoju do pokoju, zaglądają do uszu, nosa i robią inne dziwne rzeczy. Oczywiście na papier muszę czekać 2 tygodnie. Za radą, że tutaj wydarcie gęby załatwi wszystko jestem stanowcza, że "potrzebuję na już". To dostanę za 2 dni.
 Droga do szpitala i z powrotem to istne diabelstwo. Ho Chi Minh City jest wielkie, ruch drogowy makabryczny (jestem tu dopiero 6 dni, a już widziałam 2 wypadki), znaków sensownych brak. Nie wiem, jak pokonałam tą drogę w obie strony bez zgubienia się. W ogóle. A na początku nawet z domu do pracy nie umiałam dojechać, żeby się nie zgubić, mimo iż to tylko przejechanie na drugą stronę autostrady.

Potem bank. I tu sprawdzają się kolejne słowa, że muszę się przyzwyczaić do podpisywania po milion razy tego samego. I tak wszędzie się muszę podpisać po 2 razy, raz "nieczytelnie", a raz czytelnie. Nie wiem po co, jak podpis mam czytelny. No mniejsza o to. Jak wersja "czytelna" była napisana drukowanymi literami musiałam zacząć całe papiery od nowa "bo to nie tak". Ale konto otworzyłam. Ale ono i tak nie chce działać.
Jeszcze wymiana pozostałych mi dolarów. Żeby odebrać swoje miliony dongów (nazwa tej waluty chyba nigdy nie przestanie mnie bawić!:P) musiałam podpisać się 6 razy.

Po drodze wróciłam po papiery od karty parkingowej. Znalazły się. Ktoś w pracy wiedział jakie to papiery i gdzie są. I że w sumie to mi się dowód rejestracyjny przyda mieć. No przyda się. To wracam po kartę.
Podpisałam się kolejne tysiąc razy (też pod każdą rzeczą dwukrotnie) i wtedy przychodzi pan z recepcji zdziwiony. Jak to jest, że kobieta z Europy jest tu w stanie jeździć? Czy ja to w ogóle dla siebie rejestruję.
"Spokojnie, mieszkałam wcześniej w Tajlandii. Przywykłam do walki o przetrwanie na drodze"
Pan zamyślił się... - "No tak, tam też jest źle. Ale Chiny to jeszcze gorsze!".

Potem poszłam oddać tymczasową kartę parkingową. Pani nie chciała jej przyjąć, mimo iż pokazałam jej nową. Musiałam pójść po skuter, wyjechać z terenu parkingu, przy wyjeździe oddać starą kartę, zawrócić i przy wjeździe pokazać drugą.  Gdzie tu sens?

Tutaj możecie zobaczyć filmik drogi koło mojego mieszkania. Jeden z balkonu, jeden spod sklepu.

video 


video

Zaznaczam, że jest to jedno z nie najgorszych miejsc i to nie w godzinach szczytu.

A, i jeszcze jedno na koniec.

Jak się jedzie autostradą to na słupach można zaobserwować czerwone flagi z sierpem i młotem. Wszędzie.
No tak, w końcu żyję w Republice Socjalistycznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz