niedziela, 24 stycznia 2016

Wietnam!

I stało się - zamiast z mojego domku w dżungli piszę po raz pierwszy z 12 piętra Estelli w Ho Chi Minh City.


***

Moja podróż po Tajlandii się skończyła. Przyjechałam na chwilę do Kanchanaburi. Spotkać znajomych, zabrać swój życiowy dobytek zanim pognam dalej w świat.
Przyjrzałam się sobie. Uznałam, że nie wyglądam za dobrze, zakupiłam więc tajską, ziołową maseczkę, aby poczuć się lepiej.  Maseczka była ostro żółta, taka zostałam i ja po zmyciu jej. Twarz, ręce, ubranie. Wszystkie moje rzeczy, które by mogły pomóc to domyć były dalej u znajomego, który był akurat zajęty. W sklepach w okolicy nic. Trzeba by wypożyczyć skuter, aby dotrzeć gdzieś dalej. Nie ma mowy, uznałam, że bez wiadra na głowie z hotelu nie wyjdę.
I tak czekałam do rana, kiedy to kochana Helen przywiozła mi moje wszystkie rzeczy prosto do hotelu i mogłam zamaskować moją żółtość. Ale kiedy mnie zobaczyła w drzwiach pokoju zaczęła się śmiać. Słusznie.
Ostatni dzień w Kanchanaburi spędziłam jedząc różne tajskie wspaniałości i pijąc piwo. To był dobry czas.

W nocy zaczęła ogarniać mnie niepewność. Czy w Wietnamie na pewno wszystko się ułoży? Czy ja w ogóle tego chcę? Przecież w Tajlandii mi tak dobrze! Prawie nie spałam tej nocy.

Wstałam wcześniej, niż powinnam, pakować się zaczęłam zdecydowanie za późno, a i na ostatnią chwilę odwlekłam kilka wizowych spraw. Bo co z tego, że wszystko było dla mnie przygotowane, kiedy jakoś nie zebrałam się w sobie, żeby wypełnić papiery do pokazania na lotnisku? Bo jakoś nie wierzyłam, że to naprawdę.

Wczesnym popołudniem byłam już na lotnisku w Bangkoku. Zorientowałam się, że nie zjadłam nic od dnia poprzedniego. Pierwsza lepsza jadłodajnia i pyszna zupa. I piwo oczywiście. Piwo pomaga na nerwy zazwyczaj, ale nie pomogło wtedy. Nie mogłam się na niczym skupić, nie czułam się dobrze z przeprowadzką. Bałam się chyba nawet bardziej, niż kiedy leciałam do Tajlandii.
I byłam tak bardzo roztrzęsiona, że zgubiłam mój portfel. Z całymi pieniędzmi jakie miałam, 2 kartami płatniczymi, dowodem osobistym, prawem jazdy, ubezpieczeniem.
Koszmar. Prawie się popłakałam przeszukując wszystko wkoło. Ale pani z restauracji znalazła portfel. Wpadł pod stół.

Przy odprawie tajski urzędnik nie potrafił zrozumieć mojego listu gwarantującego otrzymanie wizy na lotnisku. Wizy w paszporcie ni ma. NO NI MA I JUŻ. Gdzieś po 20 minutach, rozmowie z innym urzędnikiem, telefonowaniu - zrozumiał. Kolejny problem z głowy.

Czekając na boarding już solidnie zmęczona zorientowałam się, że już dawno powinniśmy wsiadać. A wiadomości o czymkolwiek zero. W końcu - zmienili bramkę. Powlekłam się kilka stanowisk dalej. Informacji o opóźnieniu brak. Obsługi brak. Ale to Tajlandia, czas się nie liczy. Przywykłam. Starałam się po prostu nie przysnąć, żeby nie przegapić swojego lotu. W końcu, gdzieś po pół godziny od planowanego czasu odlotu, bez żadnego uprzedzenia zaczęto nas wpuszczać na pokład.

***

Lotnisko w Ho Chi Minh. Ostatnia w kolejce do po wizę przebierałam nogami zniecierpliwiona, bo mój nowy szef miał przyjechać mi pomóc, a tu nie dość, że lot spóźniony to byłam na szarym końcu i do tego kolejka w ogóle nie ruszała do przodu. Głupio mi było, bo mi chyba by się nie chciało do obcego człowieka jeździć po nocy, a tu jeszcze się dłużyło i dłużyło. No, nic tego dnia nie szło jak należy.

Potem bagaż. Nie ma. Zginął. Na taśmie z mojego lotu zostały dwie samotne walizki, a moich rzeczy nie mogłam zlokalizować. A ludzie z obsługi lotniska średnio rozmowni byli. Cośtam pokazywali, w różnych kierunkach. Biegałam coraz bardziej poirytowana w te i wewte szukając mojego życiowego dobytku. W końcu się znalazł. Gdzieś na podłodze pomiędzy dwoma przypadkowymi taśmami bagażowymi nie mającymi nic wspólnego z moim lotem.

I kolejny problem. Tajska karta SIM odmówiła współpracy z wietnamskim roamingiem. Nie mogłam zadzwonić do szefa i powiedzieć co ze mną i gdzie jestem. Prawie sobie strzeliłam w łeb w tamtej chwili. Wygrzebałam z czeluści moich toreb polską bez nadziei na nic, ale zadziała.

I po chwili już mknęłam ulicami Ho Chi Minh do mojego nowego domu.
Pierwsze wrażenie - ło cholera. To już nie jest moja dżungla! Na myśl przyszło mi skrzyżowanie Bangkoku z Chiang Mai. Ruch uliczny tak szalony, że pomimo nieustannej walki o przetrwanie na tajskich drogach to było dla mnie zdecydowanie zbyt wiele. Wszystko, wszędzie, pod prąd, na czerwonym świetle. No szlag by to trafił. Pomyślałam sobie:

"Co ja najlepszego zrobiłam!
Umrę w tym mieście jak nic.
Chcę wrocić do dżungli."

Z niemałym wytrzeszczem i skrętem szyi od gapienia się we wszystkie strony dotarliśmy do nowego domu. Pierwsze, co pomyślałam, to, że diabelny labirynt, wielkie wieżowce, dużo ich, wszystkiego dużo. Dużo za dużo.

Weszliśmy do tego domu. Ja czeznąca, marząca o łóżku, zmęczona i sfrustrowana po całym dniu.

Zobaczyłam jak wygląda.
I zobaczyłam Ho Chi Minh City z 12 piętra.
Dostałam browara na "dzień dobry w Wietnamie", choć była już noc.

I już wiedziałam, że moje przerażenie i niepewność nie miały sensu.

Znowu jestem we właściwym miejscu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz