sobota, 13 lutego 2016

Jak przetrwać zimę w Tajlandii

Zima w Tajlandii? Na początku myślałam sobie - jakaż to zimna?! Jeszcze goręcej, niż było w porze deszczowej. Nic tylko upał i upał. Ponad 30 stopni non stop. Aż tęskniło się czasem za deszczem. Nocą dalej nie dało się spać bez wiatraka na najwyższych obrotach.
I na południu kraju zima właśnie tak wygląda. Idealna pogoda na pluskanie się w oceanie, opalanie. Można zapomnieć, że tak właściwie to jest grudzień, czy styczeń. Jest piękniej, niż latem w Europie. Kiedy spałam w hotelu bez klimatyzacji przez kilka nocy budziłam się spocona, jak mysz.


Ale! Im dalej na północ, tym zimniej. Pierwszy szok przeżyłam jeszcze pod koniec listopada w Sangkhlaburi. Kiedy obudziłam się rano skostniała i nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Ano, bo w nocy robi się ZIMNO. Temperatura spadała do około 10 stopni. I co tu robić? Okna nieszczelne, ściany nieszczelne, zimno włazi każdą możliwą dziurą. Ale duszno na tyle, że jakby wyłączyć na noc wiatrak, to od razu człowiek budzi się z wrażeniem, że tlenu brak. Kilka koców, ciepła bluza i dało się przeżyć. Najgorzej wygrzebać się spod tych wszystkich warstw. Co jest kluczowe, jeszcze nie wspomniałam o tym, że Tajowie nie znają ogrzewania. Nie ma go nigdzie. Także nie ma innej rady, jak tylko wieczorem wsunąć ciepły posiłek, wziąć gorący prysznic, zawinąć się we wszystko, co się da i przespać zimno. Całe szczęście dobrze mi się śpi, gdy jest mi nawet nieco zbyt chłodno.
A co jest najgorsze? W Sangkhlaburi ciepła woda to prawdziwy luksus. Nie potrafię sobie wyobrazić porannego prysznica, szczękając zębami, kiedy niemalże para leci z ust, a do tego woda jest lodowata.  Zwłaszcza, że większość mieszkań we wsi nie ma też kuchni. Także po szokująco zimnym prysznicu nie da się przyrządzić niczego ciepłego na rozgrzanie. Takie poranki wymagają zdecydowanego hartu ducha. Kolega, który nie miał bojlera opracował sposób - gotował wodę w czajniku elektrycznym, wlewał do miednicy i mieszał z zimną. I  tej miednicy się mył. Na szczęście moje warunki mieszkaniowe (po wyprowadzce z domku na palach zwanego przeze mnie bagnem) były o niebo lepsze, niż przeciętne i ciepły prysznic miałam. Wystarczyło tylko w bluzie i szaliku dojechać do pracy trzęsąc się na skuterze, który z zimna nigdy nie chciał odpalić i po jednej, czy dwóch godzinach było już dobrze.


Na północy Tajlandii przekonałam się, że może być gorzej. Pierwszej nocy w hotelu w Chiang Mai nie było w pokoju koca. Okna nieszczelne, pozasłaniałam je i spałam opatulona we wszystko, co wygrzebałam z plecaka. Upomniałam się o koc - dostałam i to całkiem gruby. Dużo lepiej. Kolejne kilometry na północ, to kolejne stopnie na termometrze w dół. Pierwszego wieczoru w Pai wychodząc na targ zapomniałam, że jak robi się ciemno, to temperatura się obniża. Dość szybko, trzęsąc się ewakuowałam się do hotelu. W którym oczywiście było zimno.  Następne wyprawy po cokolwiek wieczorem, lub z rana odbywałam w bluzie, kurtce,  szaliku, z opatuloną głową i w butach trekkingowych. Bardzo łatwo po ubiorze poznać, kto z "falangów" w Tajlandii mieszka dłuższy czas, a  kto przyjechał zwiedzać. Kiedy ja przemykałam z prędkością strzały do 7-11 po gorącą kawę ubrana na cebulkę mijałam turystów (a może wikingów?!) ledwie w jednej bluzie i w klapkach. Bez skarpet!


I czas na tajską zimę sortu najwyższego. Góry w styczniu. Niby słońce, bezchmurne niebo, ale... lodowato. Wieje. Palm, czy innej egzotycznej roślinności już się nie uświadczy. Cóż się dziwić, skoro mierzyłam wysoko, bo aż na kraniec Himalajów.  Więc i zimno było srogie, jak na tropiki oczywiście. Nim dotarłam na szczyt Doi Inthanon (tutaj więcej o moim marznięciu pięknym miejscu) panująca tam temperatura wynosiła -2 stopnie. Wiem, że wcześniej sypiałam w namiocie w wygrzebanych w śniegu dziurach przy temperaturach o wiele niższych, ale... wtedy nie miałam tak dużego przeskoku temperaturowego. I odpowiednie ubrania. Brak odpowiednich ubrań jest najgorszy. Bo kto by myślał o nich lecąc prawie nad równik? A zakup prawdziwych zimowych ciuchów w Tajlandii graniczy z cudem.


Z pomocą przyszły kupione w maleńkim sklepie z pamiątkami frotowe rękawiczki (i znów - nigdy bym nie pomyślała, żeby spakować rękawiczki do Tajlandii, a tymczasem bez nich nie byłabym w stanie prowadzić skutera, tym bardziej po zmroku, kiedy to robi się jeszcze zimniej), zupka instant i ciepła herbata. A co najlepiej pomaga, już po takiej wycieczce? Ciepłe źródła! Nic tak nie rozpuszcza zmarzliny jak solidne wymoczenie się w gorącej wodzie.


***
 
Post napisałam w ramach projektu Klubu Polki Na Obczyźnie.
Na zmianę opowiadamy o zimie w naszych krajach i przedstawiamy straszne historie (na moją nadejdzie czas w marcu).

Oto posty klubowych koleżanek:
Jutro możecie przeczytać kolejną straszną historię u Ani z Francji

7 komentarzy:

  1. No w szoku jestem! W życiu bym nie pomyślała, że w tym tropikalnym klimacie może być zimno. No chyba że w górach. Pouczający post. Dzięki! Pozdrawiam z zawsze chłodnej (do szpiku kości) Holandii!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stąd mi wpadł do głowy pomysł na temat projektu. Zima w tropikach to taka rzecz nieoczywista, że aż warto napisać.
      Uściski :)

      Usuń
  2. Ja tam pewnie AŻ TAK bym nie zmarzła,bowiem jako osoba wiecznie zmarznięta zawsze mam ze sobą jakąś bluzę i parę ciepłych skarpet.Mimo to nie znoszę niskich temperatur i w poszukiwaniach ciepłego kraju doszłam do wniosku ,że ciepły raj na ziemi zwyczajnie nie istnieje- zimno dopadnie mnie wszędzie!I cóż z tym robić?:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja muszę powiedzieć, że... chyba trzeba po prostu je polubić!
      Zawsze wolałam zimno od upałów, teraz już przywykłam do upałów,to mam temperaturowy szok.;)

      Usuń
  3. Ja coś podobnego przeżyłam w południowo-wschodnich Chinach, gdzie lato trwa 9 miesięcy, a w zimie temperatura nie spada poniżej 10°C, jednak dla obcokrajowców noce bez ogrzewania to podobny dramat. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, wszystko byłoby pięknie, gdyby było ogrzewanie. Bez niego człowiek zdaje sobie sprawę, że głupie 10 stopni potrafi dac w kość gorzej niż ujemne temperatury w Europie.

      Usuń
    2. Jestem tego samego zdania :)

      Usuń