środa, 10 lutego 2016

Pai

Kiedy wybierałam się do Chiang Mai usłyszałam kilkakrotnie - "jak już tam będziesz, to musisz jechać do Pai." Czemu zatem nie spróbować?
Ku mojemu nieszczęściu ostatni bus odjechał z Chaing Mai kilka godzin, zanim znalazłam się na stacji. Został minivan. Nie cierpię podróżować minibusem, po tym, jak na trasie Kanchanaburi - Sangkhlaburi omal nie pożegnałam się z ostatnio spożytym posiłkiem, bo kierowca pruł po górach, jak szalony i to po niewłaściwej stronie jezdzni.
Ale cóż było zrobić? Rozważałam wypożyczenie motora, ale 2 osoby z wielkimi plecakami na nim? Nie ma szans. Tak więc zasiadłam w minivanie, a mój cały dobytek spoczął na dachu. Jak już ruszyliśmy ogarnęła mnie panika. Przecież tam jest mój aparat. Co jeśli inne torby na nim leżą? Co jak plecak spadnie? I całą drogę tak. Na szczęście plecak wraz z aparatem przetrwał. Po około trzygodzinnej podróży, po niesamowicie krętej drodze, w górę i w dół, co trzeba było zrobić? Wypić piwo oczywiście. Poszłam więc do pierwszej, lepszej knajpy, która na ścianach miała dziwne malunki, typu skrzyżowanie karpio-suma z drewnianą łodzią podwodną. Zamówiłam carbonarrę (czasem nachodzi mnie potrzeba na coś europejskiego) i dostałam wraz z nią na talerzu kwiatek storczyka.



Chwilę się zastanawiałam, czy to jadalne. Postanowiłam sprawdzić. Nawet całkiem smaczne się okazało. Ogólnie - jedzenie w Pai było cudowne. Nie jestem fanką ulicznej strawy po tym, jak pewnego razu po takim posiłku przez całą noc przytulałam się z sedesem.


Ale! W Pai postanowiłam przekonać się do niego na nowo. Jadłam i jadłam. Przestać nie mogłam.
Poza bezustannym obżeraniem się najbardziej chciałam zobaczyć pobliski kanion i wymoczyć się w wodach termalnych. Pierwszy cel okazał się zaskakująco łatwo osiągalny. Nie udało mi się zgubić po drodze i to bez przystawania, żeby sprawdzić mapę. Kanion zapierał dech w piersiach.


Większość turystów odpuszczała już na początku, bo przejście go było dosyć trudne (o, jak się cieszyłam, że nie wpadłam na pomysł ubrania japonek). Ale widok był jak najbardziej warty przeciskania się przez wąskie szczeliny i ubrudzenia piachem. 


To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie odwiedziłam w Tajlandii!


O radę dotyczącą ciepłych źródeł zapytałam pana o aparycji Indianina napotkanego w kanionie. Powiedział, że możliwości są 3: za 300 BHT, 20 BHT i za darmo. Te za darmo trochę dalej, 14km od miasta. Uznałam, że opcja za darmo to najlepszy wybór, bo poza wiadomym atutem, skoro jest dalej i mało kto o tym miejscu wie nie będzie tam tłoku.


Okazało się, że źródła To Muang Paeng są dużo dalej, niż 14 km. Ponad 2 razy dalej (pan Indianin chyba miał na myśli 40 km, ale... ta delikatna różnica "thy" a "teen", kto by na nią zwracał uwagę tu, w Azji?). Ale, co to dla mnie. Jadąc polną drogą, przez dziury i wertepy nie miałam wątpliwości, że to miejsce do zatłoczonych należało nie będzie. Czasem miałam wrażenie, że koło od skutera odpadnie, albo ogólnie zawieszenie pójdzie na tych wybojach, ale dzielna maszyna dała radę.


No i zobaczyłam je! Moja wyczekana gorąca kąpiel była tuż, tuż. Woda taka trochę płytka, ale co z tego. Para leciała z niej, jak z kotła, więc musiała być gorąca! Gandzia włożyła do niej kawałek nogi. I co? Woda parzyła. Była prawie jak wrzątek. Nie mogłam uwierzyć, więc umoczyłam palec. Zapiekło, jak diabli. Nici z kąpania.


Jęk zawodu i szybka decyzja. Jedziemy do źródeł Tha Pai, tych za 300 BHT.  Tam już musi dać się kąpać! I znowu, rajd przez bezdroża. Nagle... z naprzeciwka nadszedł słoń. A potem drugi. A potem minęłam coś, na kształt stodoły, gdzie trzymano słonie. I wielką kupę słonia na poboczu.


I w końcu udało się. Dotarłam do miejsca, gdzie dało się wykąpać. Po chwili już grzałam się w kamiennym zbiorniku z wodą koloru błota o temperaturze 37 stopni. Idealnie. Błogo. Cudownie.


Jak już było mi zbyt gorąco uznałam, że rozejrzę się po okolicy. I co znalazłam? Stawik z wodą, w którym temperatura sięgała 80 stopni. Ludzie gotowali tam jajka. I zupki chińskie (widoczne na zdjęciu po prawej stronie, w rogu).


Niestety nie udało mi się kupić jajka. Znalazłam sklep oferujący je, ale był on zamknięty. Ogarnęła mnie rozpacz. Musiałam zjeść jajko. Natychmiast! Niestety dostałam je dopiero kilka godzin później, w 7-11.

4 komentarze:

  1. Co przeczytam twój wpis, to się uśmieję.Piszesz tak,że się nie da nie uśmiechnąć, ale przypuszczam,że w trakcie tych przygód nie raz wcale ci do śmiechu nie było.Podziwiam,niezmiernie ! Wielkie buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że miło się czyta :) Czasem bywa niewesoło, ale po czasie dobrze się wspomina.

      Usuń
  2. widoki piękne .. zapisuję sobie :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo polecam Pai :)Jeszcze piękniejsze, niż na zdjęciach.

      Usuń