niedziela, 27 marca 2016

Kota w głowie mam.

Od dzieciwa w otoczeniu moim były koty. Mama znalazła kotkę - Mizię ze złamanym ogonem kiedy była w ciąży. Mówiła mi, że kładła się koło jej brzucha i mruczała. Potem było ich dużo więcej - Kitka, Szmatka (wciąż nie mogę się nadziwić temu imieniu... podobno właziła za meble i wynosiła na sobie wszelki brud), gruby Max z wieczną sraczką (której na tamte czasy nikt nie umiał wyleczyć).


Pierwszym kotem, którego dobrze pamiętam była Inka. Urodziła się jak miałam kilka lat. Spała ze mną, zawsze na szyi, lub na głowie. Zawsze przybiegała na zawołanie. Jak już byłam nastolatką i zbyt długo nie szykowałam się do spania Inka wskakiwała na mnie, miauczała i biegła do łóżka. I tak dopóki się nie poddałam. Żyła około 18 lat.


Gdy byłam w szkole średniej pojawił się Regis. Zmierzałam na lekcje, a za mną biegł mały kotek. Wskoczył mi na buta. Trochę poszukałam po okolicy, czy komuś nie uciekł, nikt się nie przyznał. Zabrałam ze sobą. Rodzice nie byli szczęśliwi, że sprowadziłam kolejnego kota do domu. Zapytałam, czy wolą kociątko, czy żebym zaszła w ciążę. Miałam około 16 lat, więc woleli kotka. Mam dziwne wrażenie, że teraz byłoby nieco inaczej.
Około 3 lat temu zniknął. Często gdzieś łaził i nie wracał przez kilka dni. Ale pewnego dnia nie wrócił wcale, pomimo szukania.


Na 3 roku studiów bardzo chciałam mieć kota. Znalazłam jednego. Wpadł do sadzawki pod moim domem pewnego listopadowego wieczora. A potem wbiegł do mojego domu. Uznałam, że ze mną zostanie, nazwałam go Tristan. Ale gdzieś po 2 tygodniach znalazł się właściciel, mieszkał gdzieś w okolicy. Smutno było. I po jakimś czasie słuchania mojego zrzędzenia u mojego progu stanęła Ola z Kmicicem. Był znaleziony w piwnicy przez fundację, która leczyła swoje koty u mnie w pracy. Na początku Kmicic był nie do życia. Właził we wszelkie dziury (raz schował się we wnękę w ścianie w toalecie i nie dało się go znaleźć przez długi czas), syczał, nie dał się dotykać. Z biegiem czasu bardzo się to zmieniło. Stał się kochaną, grubą przytulanką.


Podrzuciłam go rodzicom, kiedy wyjechałam do Szwajcarii. Jak wróciłam koty były dwa. Mama znalazła kociątko płaczące pod domem i postanowiła przygarnąć. Na imię dostał Teufel, ale wszyscy nazywają go Kociwko. Pokochały się z Kmicicem i nie sposób było ich rozdzielić, choć z początku miałam dostać z powrotem tylko Kmicica. Dostałam parę.


Teraz znów mieszkają u rodziców. Chcę przywieźć je do siebie we wrześniu, kiedy będę w Polsce na ślubie kumpla. Tęsknię za tłustym Kmicicem i nieco rąbniętym Kociwkiem. Rodzice jednak nie chcą ich za żadne skarby oddać. Argumentują, że Teufel płacze podczas podróży. A tak naprawdę chyba za bardzo się do nich przywiązali.


Kiedy pracowałam w Niemczech ktoś zostawił kota z tetraparezą do uśpienia. Oczywiście nikt nie chciał tego zrobić. Lucky zamieszkał w moim biurze i powoli dochodził do siebie. Nie zapomnę dnia, kiedy dostał strasznej sraczki i zapaskudził cały pokój. Jak już było z nim lepiej i zaczął chodzić został zaadoptowany. Trochę smutnawo było się z nim rozstać, ale ważne, że historia skończyła się dobrze.


W Tajlandii dostałam w barze dwie kotki. Były tak małe, że przywiozłam je w jednej ręce na skuterze. Jako, że zostały zabrane z baru to imiona dostały od lokalnych piw - Chang i Leo. Zamieszkały w bagnie. Plan był taki, że zabiorę je do Europy, dam rodzicom w zamian za Kmicica i Teufla. Pojechałam do Wietnamu, ogarnęłam się, to i przyszedł czas, aby je sprowadzić do siebie. Zwłaszcza, że bagno po raz kolejny zaczęło się sypać. No i tu słów brak, uparta kanalia (właścicielka przybytku) uznała, że Wietnam to nie miejsce dla nich. Jakby w bagnie miało im być lepiej. I nie było sposobu, by cokolwiek z tym zrobić, mimo moich usilnych prób, oferty zorganizowania całej dokumentacji, transportu i wszystkiego na własną rękę. Nie wiem, jak można prowadzić schronisko i nie zgadzać się na adopcję zwierząt. Gdybym wiedziała, jak to wszystko się skończy nigdy ofcjalnie nie poinformowałabym jej o nowych kotach w bagnie.
Mam nadzieję, że ktoś je stamtąd zabierze...


Kilka dni temu na mojej drodze pojawiło się to cudo. Nie ma mamy, ktoś podrzucił klientowi. No i cóż, kociątko skradło moje serce, nie było wyjścia. Jeść nie umie samodzielnie. Chodząc kiwa się jak kameleon. Póki co mam 6 dni wolnych na zajmowanie się dzieckiem. Potem chyba będzie musiał chodzić ze mną do pracy. Mruczy dużo, tuli się i całą noc przesypia mi pod pachą.  Czy mogłoby być bardziej słodko?

10 komentarzy:

  1. Czytałam z zapartym tchem :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi :) mam przeczucie, że przez małe, jeszce bezimienne kociątko takich wpisów będzie więcej :)

      Usuń
  2. Czekam na kolejne. U nas raczej psy były ale z czasem mi się na koty odmieniło ( mam powody). Śliczny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w domu rodzinnym psy też były, ale nigdy nie czułam potrzeby żeby własnego psa mieć. Masz fotki swoich kotów?:)

      Usuń
  3. Kocham ,kocham, kocham Koty. Mialam jedna w Polsce,ktora bardzo kochalam. Znalazlam ja na klatce schodowej. Zyla 13 lat. Teraz mam podobna w Irlandii ,ktora jak jako pierwsza wykryla,ze bede w ciazy. Kocham ja nad zycie. jest strasznie terytorialna, walczy z kotami, psami, moich synkow akceptuje,a mnie I Meza szanuje I lubi.
    Kotki na twoich zdjeciach sa sliczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Jak kotka wykryła ciążę? Brzmi ciekawie!

      Usuń
    2. Taak :) pierwsza wiedziala,ze nosze nowe zycie w sobie :)

      Usuń
    3. A jak się zachowywała?:)

      Usuń
  4. Piękne kocie opowieści. Ja też zawsze miałam w domu zoo bo znosiłam każde zwierze jakie pod nogi mi się nawinęło.Miłośc do kotów odkryłam jak siostra przyniosła do domu zupełnie zdziczałą maleńką puszystą kulkę.Miała ciągle zasmarkany nos i dostała imię Kipa.Do dziś mam ślady na rękach od jej zębów i pazurów gdy próbowałam ja oswoić.Walczyła dzielnie.Ale w końcu się poddała,zaakceptowała nowy dom i stała się niesamowitą przytulanką oraz najlepszą przyjaciółką szczeniaka którego dostałam kilka tygodni przed jej przybyciem.Serce mi pękało gdy musiałam ich zostawić gdy wyjeżdżałam.Miałam plan zabrania ich do siebie ale niestety nie wyszło i kilka lat temu odeszli oboje.Teraz mam też mała dzikuskę w domu Wikipedię (Wiki) urządziła sobie raz spacer 7 miesięczny ale wróciła.Nie wyobrażam sobie życia bez niej.I obie z kotek wyczuły moją ciążę.Wiki mi uświadomiła właśnie ,że spodziewam się dziecka, gdy nagle zaczęła z umiłowaniem układać się dookoła brzucha nigdy zaś na nim.A gdy pojechałam do Polski tak samo zaczęła zachowywać się Kipa która z reguły spała mi przy ramieniu:) Koty to przekochane stworzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już kolejna osoba, która mówi o kocie wyczuwającym ciążę. Ciekawe, w jaki sposób one to odbierają :)

      7 miesięcy "wycieczki" to kawał czasu, musieliście być nieźle zaskoczeni jak Wiki wróciła po takim czasie.

      Usuń