poniedziałek, 7 marca 2016

Mordercza opona.

Na fali ostatnich wydarzeń związanych  i gorący temat oponą będący poczułam, że muszę opowiedzieć i swoją historię. Inaczej nikt nie poznałby dramatu kapcia złapanego w dżungli gdzieś pomiędzy Birmą, a Sangkhlaburi.
 
Przyszedł czas kolejnych zmagań z wizą. Tym razem urząd imigracyjny nie mógł jej przedłużyć, musiałam więc udać się do innego kraju. Najbliżej do Birmy. Pałając niechęcią do tajskiego transportu publicznego i z braku samochodu zdecydowałam się wziąć z baru różowy motor (mój bagienny pół-skuter pół-trup nie dotarłby tak daleko) i pojechać na nim. Wszyscy ostrzegali mnie, żebym uważała, że ludzie jeżdżą jak idioci, że góry i dziury. Ja odpowiadałam, że z tym wszystkim sobie poradzę, ale boję się jednego - że złapię kapcia po drodze w dżungli. 


Ale kto by się tam przejmował mało prawdopodobnymi awariami. Pojechałam najpierw do Kanchanaburi. 220 km, nie było źle. Odkryłam tylko, że po 80km tyłek zaczyna niemiłosiernie boleć.
W Kanchanaburi zrezygnowałam z rytuału odwiedzania barów, co zwykłam czynić przy każdej wizycie w tym mieście. Poszłam spać. Bo następnego dnia czekało mnie kilometrów 340.
Z wizą wszystko poszło gładko (a mogło nie pójść, bo w owym czasie, po zamachu bombowym w Bangkoku urzędy imigracyjne i przejścia graniczne stanęły na głowie). No to czas wracać do Sangkhla. Zahaczyłam o Tiger Temple, żeby zobaczyć i wyrobić sobie swoją własną opinię o tym miejscu. Ale o tym kiedy indziej. Z Hellfire Pass zrezygnowałam, bo nie chciałam wracać po ciemku. Tak czy inaczej, było dobrze. Tylko pani na stacji benzynowej była przerażona moją czerwoną skórą. Poprzedniego dnia oczywiście zapomniałam posmarować się kremem przeciwsłonecznym.
Po ostatnim przystanku w Thong Pha Phum, wypiciu kawy i chwili odpoczynku dla tyłka ruszyłam przez najgorszą część drogi. Góry, dziury, dżungla. Nawet samochodem bywa ciężko, a w minivanie flaki zawsze podnosiły się do gardła. Ale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Aż do momentu, gdy ziścił się najgorszy koszmar. Złapałam kapcia. Jadąc pod górę, na zakręcie, gdzie ani w jedną, ani w drugą stronę nie było NICZEGO. Nie było nawet gdzie zostawić biednego motorka. Zachciało mi się siąść i płakać, ale to by nie zmieniło mojego nieszczęsnego położenia. Chyba, że na gorsze. Musiałam działać, ale nie miałam pomysłu jak. Napisałam do kolegi, który czekał na mnie w Sangkhla, że mam problemy techniczne i nie wiem co robić i że chyba umrę, ale żeby się nie martwił. Nie mając planu, co dalej wepchnęłam mojego różowego towarzysza niedoli do rowu i podreptałam przed siebie. Doszłam po jakimś czasie do domostw, zaczęłam po wariacku tłumaczyć o co chodzi. Ale nie wiedziałam jak powiedzieć po tajsku, że mam przebitą oponę. Po angielsku nikt nie rozumiał. Wszyscy rozkładali ręce. Próbowałam pokazywać na migi - nic. Usiłowałam zadzwonić do koleżanki, która po tajsku mówi płynnie - zasięgu brak. Moja radość ze znalezienia wybawców ustąpiła miejsca rozpaczy. Bo zniechęceni Tajowie przestali się mną interesować, wrócili do swoich spraw. W końcu przyszła na pomoc nastolatka z Google Translate. Udało się. Zadzwoniła do kogoś i pokazała mi gdzie iść. Musiałam się wrócić. Wyciągnęłam skuter z rowu i popchałam go szukając ratunku. Nie wiem, jak daleko tak szłam. Ale wydawało mi się, że bardzo daleko. Kiedy dobrnęłam do pierwszego lepszego domostwa tam już czekał na mnie na oko trzynastoletni chłopak. To on był moim wybawcą. Odkręcił koło, zmienił dętkę, byłam ocalona!
Ale cały proceder zajął ponad 2 godziny, co oznaczało, że dalszą drogę muszę pokonać po ciemku. Jechałam już tą trasą po zmroku, nawet vanem bez świateł przednich. Było wtedy strasznie, ale na motorze jeszcze ciężej. Bo ludzie prują tą drogą jak wariaci i miałam wrażenie, że nie dotrę w jednym kawałku. Ale przetrwałam, droga minęła mi już bez dalszych przeszkód. Oczywiście moim pierwszym przystankiem w Sangkhla był bar, z którego pochodził motor. 
I to niekoniecznie w celu zwrócenia go właścicielowi.

2 komentarze:

  1. Nie mam pojęcia jak to możliwe ,że Tobie bez przerwy przydarzają się takie akcje :) Dobrze ,że nic ci się nie stało , będziesz miała co opowiadać kiedyś ludziom w kolejnych przydrożnych barach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, jak kiedyś będę przemierzać zachodnie wybrzeże w USA na motorze to będą dobre historie do wspominania ;)

      Usuń