sobota, 19 marca 2016

W nowym domu.

Ostatnio wracałam z pracy do domu idąc przez osiedle, patrzyłam na basen i te wszystkie palmy i myślałam "naprawdę, ja tu mieszkam, tak na stałe". Jak przeprowadziłam się do Tajlandii często pojawiały się znikąd myśli "jestem w dżungli, na końcu świata, jak to możliwe?" Z czasem stało się to rzadsze. W Sajgonie dość szybko się zaaklimatyzowałam.


Mam swoją ulubioną restaurację (sushi oczywiście) i już nawet z kartą członkowską, ulubiony bar, mieszkanie, które powoli po swojemu urządzam, mam coraz więcej znajomych, jestem zarejestrowana jako lek. wet. (choć dokumentu tegoż przeczytać nawet nie potrafię), znalazłam kocią kawiarnię (o, jakże mi takich miejsc brakowało po Tampere!)


Cudownie jest pijąc kawę móc poprzytulać się do kociwek, jak się tęskni do własnych.


Szok po przenosinach z dżungli do metropolii zaczyna ustępować. Choć na początku nie mogłam ukryć zdziwienia. Bo w sklepie da się kupić sałatę, oliwki i ser. Bo nie mogę przejechać z jednego końca HCMC na drugi w 5 minut. Bo jest... inaczej.


Teraz jednak zaczynam czuć się jak w domu. Bo to przecież jest mój nowy dom. Chętniej przebijam się motorem przez zupełnie szalony ruch uliczny, aby poznać nowe miejsca. Życia by nie starczyło, żeby zajrzeć wszędzie gdzie bym chciała. Nie lubię wielkich miast, ale... tym razem zaczynam. Na każdym kroku czai się co innego. Idąc jedną ulicą czuję się, jakbym wróciła chwilowo do Niemiec, a skręcając w inną widzę już tylko Wietnamczyków i przytulne, lokalne knajpki. Pełno tu sprzeczności. Sajgon zaskakuje na każdym kroku.


Z jednej strony wielkie centra handlowe, a zaraz obok lokalny targ ze świeżymi owocami i warzywami. I mnóstwem dziwnych rzeczy, których nazw nawet nie znam. Dzisiaj pierwszy raz udało mi się coś kupić w sklepie nie używając angielskiego.


I tak zadałam sobie pytanie - jak ja to zrobiłam? Jak żyć w wielkim mieście, kiedy się wielkich miast nie lubi?


Zapomnieć o tym. Popłynąć z prądem. Dać się ponieść temu, co oferuje otoczenie. Żyć tak, jak żyją tubylcy. Wsiąknąć w zwariowany ruch. Odkrywać, poznawać, eksplorować.
Wtedy wszystko da się oswoić. I polubić. A może nawet więcej, niż polubić?

8 komentarzy:

  1. Przypomniałaś mi, jak bardzo zakochałam się w Sajgonie. Lecę oglądać zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uwielbiam wielkie miasta bardzo mi ich tu brakuje.Ostatnio zauważyłam, że tu gdzie jestem najlepiej mi "życie" wychodzi właśnie jak nie myślę-nie rozkładam na czynniki pierwsze , nie dumam, nie porównuję tylko daję się porwać prądom.Wtedy jest lżej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi jakoś ciężko nie porównywać. Ciągle jakoś rozmyślam, co gdzie było najlepsze. Ale to raczej w kontekście dobrych wspomnień,a nie umartwiania się, że teraz jest inaczej :)

      Usuń
  3. A mnie bardzo ciekawi dlaczego Tajlandia? Tam na koncu swiata ? :) ja chcialam bardzo jechac w podroz poslubna,ale balam sie dlugiego lotu I nieznanego. Podziwiam bardzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego Tajlandia...? Przypadek! Uznałam, że chcę coś zmienić w życiu i wyjechać i Tajlandia to było pierwsze miejsce "daleko", gdzie dostałam ofertę pracy. I to była świetna decyzja, żeby wyruszyć do Azji, mimo iż też się bardzo bałam.

      Usuń