poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Przyjaźń na obczyźnie

Tematem projektu Klubu Polki na Obczyźnie w kwietniu i maju jest przyjaźń. Opowiemy jak sobie radzimy z nawiązywaniem nowych znajomości i jak trzymają się te, które zostały w ojczyźnie.


Wyjazd z Polski na pewno ograniczył grono moich znajomych. Mocno. Z drugiej strony - tak się dzieje przy każdej przeprowadzce. Kiedy kończyłam szkołę średnią miałam świetną paczkę kumpli. Wydawało się, że będziemy przyjaźnić się na wieki. I z czasem, kiedy każdy zamieszkał w innym mieście więzy osłabły, wszystko gdzieś się rozpłynęło. Kontaktów było coraz mniej i mniej. Więc... nie ma to wielkiego znaczenia, czy człowiek przenosi się daleko, czy blisko, do miasta kilkadziesiąt kilometrów dalej, czy na drugi koniec świata.


Znajomości się przerzedzają. Zostają te prawdziwe. Te, które będą trwać lata. Przyjaźnie. I niesamowicie się cieszę, że są w moim życiu tacy ludzie, którymi mogę nazwać przyjaciółmi, choć wielu ich nie ma. Nie są to tylko osoby z Polski, także te, które poznałam na swojej drodze po świecie. Niektórzy - koledzy, kamraci,  ziomkowie - byli na chwilę, inni zostaną tymi ważnymi osobami na całe życie. Bo dla mnie przyjaciel to nie człowiek, z którym muszę rozmawiać codziennie, dzwonić, spotykać się często. Ważne jest to, że nawet jak się zobaczymy po wielu miesiącach rozłąki, to nic się nie zmienia. Dogadujemy się, jakbyśmy ostatni raz widzieli się chwilę temu.


Jestem osobą, która ceni sobie samotność. Nie przeszkadza mi brak towarzystwa, nawet na dłuższą metę. Lubię podróżować sama. Nie boję się zamieszkać gdzieś, gdzie nie znam nikogo i mimo, że czuję samotność, to ona mi nie wadzi. Kiedyś starałam się nie przyzwyczajać do ludzi, bo wiedziałam, że nic nie jest na stałe, że nadejdzie chwila, kiedy wyjadę. Że będzie żal z powodu rozłąki. Po jakimś czasie to się zmieniło, nauczyłam się czerpać radość z kontaktów z poznawanymi ludźmi. Uczyć się od nich. Poznawać miejsca, w których żyję lepiej, właśnie dzięki integrowaniu się z otoczeniem. Bardzo łatwo przychodzi mi nawiązywać znajomości. Mimo, iż ich nie szukam, pojawiają się same. W Sangkhlaburi znała mnie właściwie cała wieś, chociaż o to nie zabiegałam. A to z kimś poszłam na piwo, a to polewałam drinki w barze po pracy i tak... nagle zorientowałam się, że należę do lokalnej społeczności, że jestem z nią związana. I choć wiem, że większości ludzi, którzy zapadli mi w pamięć nigdy już więcej nie zobaczę, to mam świadomość jak wiele ich obecność zmieniła. I to jest najcenniejsze.


Najważniejsze w nawiązywaniu przyjaźni na emigracji - nie myśleć zbyt wiele, nie analizować, nie oceniać. Bo kultury się różnią, bo jesteśmy inni. Myśląc o barierach nigdy nie da się ich przeskoczyć. A czasem wystarczy tak niewiele - postawić piwo komuś, kto ledwie mówi po angielsku, by okazało się, że nagle ma do powiedzenia całkiem sporo. Warto próbować. Wejść w nowe środowisko z otwartym sercem. Mnóstwo ludzi będzie przychodzić i odchodzić. Zawsze. Niezależnie od miejsca zamieszkania. Życie się zmienia. Warto cenić ludzi, którzy pojawiają się na naszej drodze choćby na chwilę. Do niektórych z nich będę już zawsze tęsknić. I to właśnie ci, których nazywam przyjaciółmi.

14 komentarzy:

  1. Pięknie napisane. Odkąd przestałam się skupiać na różnicach poznałam mnóstwo ludzi i już niektórych odważę się nazwać przyjaciółmi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Kiedy zapominamy jak bardzo jesteśmy inni okazuje się nagle, że znajdujemy wspólne cechy w aspektach, o których nie mieliśmy nawet pojęcia.

      Czekam na Twój wpis!

      Usuń
  2. O matko! Czy na pierwszym zdjęciu u góry ta dredziara to Kasia? :) Jaki świat mały!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to Kasia. Skąd znasz Kasię? :D

      Usuń
    2. W Kasią jesteśmy z jednego miasta. A że nie jest duże to wiele razy mijalysmy się na imprezach, do jednej szkoły chyba nawet chodzilysmy :-)

      Usuń
    3. No proszę :) świat mały jest :)

      Usuń
  3. Wszystko prawda. Pięknie napisałaś.

    OdpowiedzUsuń