piątek, 13 maja 2016

Autostopowa trauma

Stara historia, do odnalezienia i opublikowania zainspirowała mnie swoimi opowieściami o autostopie Beata.

***


Wybrałam się we wrześniu 2011 w Bieszczady samopas. Łaziłam tu i ówdzie. Po odwiedzeniu Wołosatego i kilku dniach kręcenia się po Połoninach i Rawkach przeniosłam się na Otryt. Nie było tam nikogo na szlaku, absolutnie święty spokój. Tylko las, mnóstwo błota i dzika zwierzyna. Noc zdecydowałam się spędzić w Chatce Socjologa, po czym zamierzałam przejść całym pasmem, na dole złapać stopa i ruszyć ku Cisnej, by posmakować przysmaków Siekierezady.
Będąc w Chatce Socjologa zostałam nastraszona. Niedźwiedziami i żubrami, które mnie pożrą i stratują przy najbliższej okazji. Bo nie godzi się, by dziewucha sama po lesie się szwędała. Tym bardziej po takim odludnym lesie. Średnio wrażenie to na mnie zrobiło. Straszą zawsze.
W każdym razie – dostałam jeszcze instrukcję (która wydała mi się bardziej przydatna), żeby nie schodzić do końca szlakiem, tylko taką drogą odbijającą w bok od niego, bo na końcu szlaku naprawiają most i nie dostanę się stamtąd nigdzie, a na pewno nie do Cisnej.
Postanowiłam posłuchać rady. Przemierzając Otryt udało mi się nawet zgubić, wystraszyć srodze, ale na wskazaną drogę trafiłam. Bezbrzeżne było me zdziwienie, usłyszałam po przejściu już sporego jej odcinka dźwięki pił mechanicznych i przewracanych drzew.

„Wycinka drewna
nie wchodzić
grozi śmiercią”


Taki oto znak mi się pojawił przed oczami. Uznałam, że trudno, przejść jakoś muszę, a czasu by zawrócić absolutnie nie mam. Klnęłam w duchu, że posłuchałam rady, bo już most w naprawie lepszy niż ta pieprzona wycinka. Przez rzekę przeliź – czemu nie? A TO?! Koszmar. Dość spory odcinek zbiegałam w dół, ale na dłuższą metę było to zbyt męczące, więc szłam. Jak najszybciej, byleby się stamtąd wydostać. Ale wycinka ciągnęła się i ciągnęła.
W końcu.. uf. Udało się. Koniec. Odetchnęłam z ulgą, przestałam się tak dramatycznie spieszyć. Po jakichś 20 minutach spokojnego marszu znów usłyszałam TEN dźwięk. Złorzeczyłam i miałam już ochotę rozłożyć się na środku drogi i sczeznąć. Na szczęście (jak wtedy myślałam) okazało się, że to już nie drwale. Docierałam już do cywilizacji, a na moje oko 30-letni blondas kosił chwasty podkaszarką. Zainteresował się skąd się wzięłam w tamtej okolicy, srodze był zdziwiony, gdy mu rzekłam o swojej drodze. Zaproponował, że zwiezie mnie na dół, bo przerwę w koszeniu może sobie zrobić. Ucieszyło mnie to wielce, bo miałam szczerze dosyć przebierania girami. Poszliśmy do samochodu, który stał kawałek niżej, przejechaliśmy może z 5-10 minut i .. zaczęło się. Mój (jak wcześniej myślałam) "wybawiciel" począł mi składać dwuznaczne propozycje. Nie wiem, na czym by się skończyło, gdybym kiedy się zatrzymał nie porwała plecaka i nie pobiegła w dół jak wystrzelona z procy. Przeskoczyłam przez szlaban, przez który on przejechać nie mógł, a przełazić chyba mu się nie chciało, bo dał sobie spokój. Gdy uznałam, że jestem już w bezpiecznej odległości zorientowałam się, że jestem w krzorach gęstych i podmokłych, niczym Puszcza Amazońska. Jedna droga (która według mapy była dla mnie właściwą) była zarośnięta tak, że nie sposób było się przez nią przedrzeć. Inna, do której musiałam się wrócić prowadziła bardzo, bardzo naokoło. Po drugiej stronie Sanu, gdzie to został chędogi koleś iść się bałam. Zatem zrezygnowana ruszyłam droga najdłuższą mając w perspektywie długie oczekiwanie na Siekierezadowe wiktuały. Byłam w ciężkim szoku, gdy na takim zadupiu napotkałam auto, mało tego – zatrzymało się. W środku dwóch dziadków i dwie babcie. Gdy mnie zapytali jak trafić do Cisnej byłam tak szczęśliwa, jakby mi kto w kieszeń napluł. Obiecałam im wskazać drogę jeśli mnie zabiorą ze sobą. Poniewierka została mi oszczędzona – wsiadłam. I to była kolejna fatalna decyzja tego dnia. Dziadek, który prowadził rozklekotany samochód chyba wyobrażał sobie, że siedzi za kierownicą bolidu F1 i mknie po idealnie przygotowanym torze, a nie górskich ścieżkach. Jak na mój gust jedynie prędkość się zgadzała. Marząc o tym, aby cholerna podróż w końcu minęła dobrnęłam do celu. Przerażona, skapcaniała i bez chęci do dalszej wędrówki…

Po ukojeniu zszarganych nerwów winami w Siekierze zdecydowałam, że chrzanię to wszystko, stopem nie jadę więcej. Rankiem, następnego dnia, wylazłam z Chaty po Honem, wsiadłam w pierwszy lepszy buc do Krakowa. Zamiast kontynuowania wędrówki po Biesach udałam się w Pieniny.

2 komentarze:

  1. Uff... Dobrze, że się skończyło bez problemów. Ja kiedyś mogłam mieć podobnie, ale pan jeszcze zanim wsiadłam do auta, dał bardzo wyraźnie i - jakby to powiedzieć? - naocznie, do zrozumienia, dlaczego chciałby mnie zabrać na stopa, więc po prostu nie wsiadłam do samochodu. Przez cały wieczór nie mogłam dojść do siebie. Strach pomyśleć, co by było, gdyby facet na początku udawał normalnego... Do domu wróciłam busem :)
    Pozdr, Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koleżance kiedyś facet na wejściu powiedział, że podrzuci, ale jak pobzyka.
      Z perspektywy czasu sama nie wiem jak ja miałam odwagę na te wszystkie szalone stopowe podróże...

      Usuń