piątek, 20 maja 2016

Chiang Mai

Zaraz po opuszczeniu Sangkhlaburi na pace samochodu znajomych zdecydowałyśmy z Gandzią wybrać się do Chiang Mai.


Z małym, jednodniowym opóźnieniem, jako, że robiąc wszystko jak zawsze na ostatnią chwilę okazało się, że biletów brak. Więc zostałyśmy w Kanchanaburi jeden dzień dłużej.
Trasą kolei śmierci dotarłyśmy do Bangkoku, gdzie taksówkarz woził nas gdzie popadnie, nie wiedząc właściwie dokąd zmierzamy. Zmierzałyśmy do targu na łódkach. Który był zamknięty. Rezygnacja, brak Changa, gorąco. Doczekałyśmy do nocnego pociągu do Chiang Mai, który mimo mojej srogiej niechęci i upierania się przy samolocie okazał się się całkiem przyjemnym środkiem transportu.


W Chiang Mai zaskoczyło nas... zimno. W hotelu nie dali koca, więc pierwszą noc trzęsłyśmy się jak galareta okrywając się czym popadło. Drugim zaskoczeniem były salony tatuażu. Wszędzie. Na każdej ulicy. Przyglądałam się wystawionym rysunkom. Duża część wyglądała tak, że sama zaczęłam się nad otwarciem tatuatorni.


Zwiedzałyśmy entuzjastycznie i chaotycznie. Bez planu, włócząc się przed siebie, wchodząc do miejsc, które nas interesowały. Prawdziwą sztuką okazała się jednak jazda po tym mieście. Otoczone ono jest fosą, więc ja jako prawdziwy mistrz beznadziejnej orientacji nie potrafiłam wyjechać z miasta, a powroty były chyba jeszcze gorsze. Pierwszą wycieczką była Doi Suthep. Góra na której znajduje się świątynia.


Gdy już byłyśmy na miejscu Gandzia zorientowała się, że widziała ją w programie Cejrowskiego. Na targu pod świątynią znalazłam smoki. Helen, moja dobra znajoma z Kanchanaburi chciała takie do domu. Kupiłam więc 5, wielkości od około pół metra do metra. Problemem okazało się załadowanie smoków na skuter. Udało się jednak, na poczcie wywołałam spore zdziwienie wtaczając się z ogromnym plastikowym workiem.


Potem był kanion. Głupotą skrajną okazało się nie zabranie strojów kąpielowych. Serwowali tam żeberka. Bardzo miałam ochotę na żeberka (chyba odkąd obejrzałam w Sangkhla odcinek M*A*S*Ha "Adam's ribs"). Więc zamówiłam je przeszczęśliwa. Ale to nie były dobre żeberka, takie jakich oczekiwałam. Wciąż nie zaspokoiłam tego głodu.


I na koniec, przed wyjazdem do Pai, a po okropnym zmarznięciu na Doi Inthanon szukałyśmy zdesperowane zupy na rozgrzanie. Zupy nie było, były spring rollsy. I sushi. I zbyt ostre curry Gandzi.
Mimo wszystko, Chiang Mai zostało jednym z moich ulubionych miejsc w Tajlandii.

4 komentarze:

  1. Ale tym razem nie wylądowałaś w żadnym rowie,nic ci się nie popsuło i nie miałaś problemów z dokumentami- więc jak na ciebie spory sukces co?:) Fajne masz te wspomnienia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah no tak, nudny post bez żadnej tragicznej przyody :D

      Usuń
  2. Bardzo podobają mi się zdjęcia. :) No i portki kolorowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) te portki to do tej pory moje ulubione

      Usuń