niedziela, 1 maja 2016

Kambodża

Przyszedł czas wyruszyć po wizę pracowniczą do ambasady Wietnamu. Padło na Kambodżę. Przy okazji miałam kilka dni wolnych, to i zaplanowałam nieco zwiedzania.

Już na początku było niezbyt wesoło. Kiedy przyszłam odebrać swoje zarezerwowane uprzednio bilety (co dziwne ze sporym wyprzedzeniem czasowym) nadziałam się na bójkę. Klientka kłóciła się z panią za ladą. Najpierw wrzeszczały. Potem zaczęły się policzkować, szarpać za włosy i rzucać w siebie czym popadło. Inna pracowniczka zadzwoniła po ochronę. Trwało to całe mordobicie dobre 20 minut. Piękny początek podróży.
Cóż, potem jak się okazało miało być jeszcze "piękniej".
Zaraz po dotarciu do Phnom Penh pojechałam do ambasady. Z wizą poszło lekko, łatwo i przyjemnie, jak nigdy. Zadowolona, z perspektywą niezakłóconego problemami wizowymi czasu wybrałam się na spacer dookoła hotelu.


Właściwie przez przypadek odwiedziłam meczet. Po raz pierwszy w życiu. Było pusto i cicho. Spędziłam trochę czasu na oglądaniu wszystkiego i chodzeniu dookoła, jako, że byłam tam sama.
Kiedy udałam się dalej, do buddyjskiego klasztoru próbowałam przejść przez ulicę, co graniczy z cudem, równy szał jak w Wietnamie. Starsza pani chwyciła mnie za rękę chcąc przejść ze mną. Sama nie wiem, czy chciała mnie przeprowadzić przez tą drogę, czy bała się iść sama. Nie mówiła po angielsku, nie rozumiałam jej, z braku innego pomysłu powiedziałam coś po tajsku.
Kiedy zbliżyłam się do bardziej turystycznych miejsc wykonałam szybko, zdecydowany odwrót do hotelu. Co chwilę ktoś mnie łapał za ręce lub ubranie, oferował taksówkę, marihuanę, valium, ketaminę, opium i co tylko się dało. Uznałam, że pieszo już nie pójdę nigdzie, bo raczej nie jestem fanką pogawędek z narkotykowymi dilerami i zdecydowałam się wynająć motor.
Też lekko nie było. Chcieli wcisnąć mnie na moto-taksi. Ależ ja nie chcę moto-taksi, chce po prostu jeden dla siebie. Ale tu się nie da jeździć, biały człowiek to rady nie da. Panie, ja mieszkam w Sajgonie, tam ruch sto razy gorszy. Wtedy odpuścił. Ale i tak, mimo iż powiedziałam, że sama miałam wcześniej Hondę Airblade, kiedy mieszkałam w Tajlandii  to pan próbował tłumaczyć mi jak ją uruchomić. Uwierzył, że naprawdę potrafię dopiero kiedy Sycylijczyk, który zaparkował swój potężny motór obok hotelu nie umiał sobie z nim poradzić, a ja mu go odpaliłam.


Podobało mi się. Nawet bardzo. Jeździłam gdzie się dało, oglądałam świątynie, spacerowałam nad Mekongiem, jadłam rzeczy o nieznanych mi nazwach. Wybrałam się do więzienia Tuol Sleng i na pola śmierci. Tym dwóm miejscom chciałabym poświęcić osobny wpis.

I tak wydawało mi się, że spędzę cały czas - ciesząc się i biorąc z Kambodży ile tylko się da. Ale oczywiście musiało spotkać mnie coś, rodem z filmu akcji.

Zwykle, kiedy jeżdżę wszelkie graty mam w środku motora. Tym razem, jako, że drogi nie znałam, to miałam telefon w torbie na pasku, żeby móc szybko sprawdzać mapę. Było też tam ze 40 dolarów i o zgrozo, nie wiem czemu paszport. I ktoś na tę torbę się połaszczył, kiedy jechałam jedną z ruchliwych ulic Phnom Penh i właśnie zwalniałam, żeby skręcić. Zobaczyłam kątem oka wyciągniętą w moim kierunku łapę, facet zdołał odpiąć pasek (jechało ich dwóch na jednym skuterze). Pomyślałam sobie - prędzej sczeźniesz, niż to dostaniesz. Złapałam torbę jedną ręką, dodałam gazu i skręciłam w przeciwną stronę, niż zamierzałam. Złodziej spadł ze swojego skutera, ale został błyskawicznie wciągnięty na niego z powrotem przez kolegę. Ja zatamowałam ruch zatrzymując się w poprzek kierunku jazdy.  I co najciekawsze? Podszedł do mnie policjant. Powiedział "dobra robota" i kazał jechać dalej. Nie był nawet zainteresowany uciekającym w popłochu bandziorem.
Tak oto skończyła się moja radość z wycieczki. Odechciało mi się zwiedzania. Oddałam motor. Resztę czasu spędziłam w hotelu pijąc piwo.

6 komentarzy:

  1. gratuluję refleksu! Oczywiście, niemiłe zdarzenie. Ale - masz paszport i kasę, możesz być z siebie dumna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeraża mnie to, jak bym skończyła gdyby ten paszport zginął. Ale dobrze, że się nie dowiedziałam.

      Usuń
  2. Oj naczytałam się o tym jak zaraz po zaginięciu paszportu ginął właściciel będąc zdrowym okazem do handlu na czarnym rynku narządami.Dziewczyno masz naprawdę poza własną intuicją i refleksem ogromne szczęście.Mnie te kraje tam właśnie z tego powodu przerażają ale to pewnie wina amerykańskich twórców filmowych.Dobrze ,że nic ci się nie stało.Ale to niesamowite jak trzymają się ciebie takie akcje.Masakra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie słyszałam o zaginięciach paszportu powiązanych ze sprzedarzą narządów... Ale aż się gęsia skórka robi. Przeraziła mnie myśl powrotu do Wietnamu bez paszportu, gdzie mam wszystko, a wiza pracownicza dopiero co była wydana (jeszcze nie mam wietnamskiego dowodu...), więc pewnie wieki by zeszło zanim by ogarnęli i mnie wpuścili.

      Usuń
  3. Ciesze się, że nic Ci się nic nie stało. Niesamowity refleks/instykt samozachowawczy? Ciekawie było zobaczyć te wszystkie miejsca, ale ryzyko ogromne. Uważaj na siebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Refleks, szczęście i chyba dobre ogarnięcie motora, bo jeszcze jakiś czas temu bym takiego manewru nie wykonała. Najważniejsze, że wszystko ok :)

      Usuń