niedziela, 15 maja 2016

Małpy. I motór sczezły u mechanika bram.

Kiedy Gandzia odwiedzała mnie w tajskiej dżungli postanowiłyśmy się wybrać do Thong Pha Phum. W jedną stronę około 80 kilometrów góra-dół po dziurach. Oczywiście motorem. Zwykle na dalsze wycieczki zabierałam porządny motór z baru, ale tym razem nie wiedzieć czemu wzięłam swoją strudzoną życiem Hondę z bagna. Dołączyła do nas para Kanadyjczyków.
Droga do Thong Pha Phum była całkiem przyjemna. Zatrzymaliśmy się przy wodospadzie, żeby dać odpocząć zbolałym tyłkom. Na miejsce udało się trafić bez komplikacji (co w moim przypadku graniczy z cudem).


Spędziliśmy spor czasu na tamie, gdzie mieszkają małpy. Piskom zachwytu nie było końca. Niektóre z nich pływały w jeziorze, inne przechodziło po linie zawieszonej między tamą a barką, inne beztrosko zajmowały się prokreacją. Co cwańsze sztuki próbowały kraść żarcie ludziom. Te najsłodsze się tuliły.


Nie mogliśmy jednak spędzić tam wieków, zwłaszcza, że w planach był jeszcze park narodowy i kolejny wodospad. Szybko pojechaliśmy pożywić się i zatankować przed dalszą drogą.


I tak jechałam do stacji benzynowej kiedy to nagle PIERDUT. Coś strzeliło w motorze i nie chciał dalej jechać. Pierwsza myśl - kurwa mać. Druga - pasek klinowy poszedł. Trzecia - i co teraz?


Zaczęliśmy szukać kogoś, kto mógłby pomóc. Wielkim zdziwieniem było dla nas, że Honda umarła dokładnie pod posesją mechanika. Przynajmniej tak nam się wydawało sądząc po sprzęcie znajdującym się w ogrodzie. Ale łażenie dookoła, krzyki po angielsku i tajsku i nawet zajrzenie do domu nic nie pomogły. Nikogo tam nie było.


Poprosiłam naszych kanadyjskich towarzyszy, żeby pojechali na stację benzynową i dowiedzieli się gdzie jest najbliższy warsztat. Ja i Gandzia zostałyśmy na miejscu, czekając na powrót mechanika i rozważając możliwości rozwoju sytuacji. Od próby złapania na stopa pick-upa albo vana, który zabierze też motor do żałosnej nocy spędzonej w pierwszym lepszym napotkanym barze.


Nasi towarzysze wrócili dosyć szybko, zanim zdążył to zrobić mechanik. Kolejny warsztat był jakieś 10 minut dalej, więc przepchaliśmy mój motor. Na szczęście moje przeczucie było trafne. Pasek klinowy. Około 40 minut i mogliśmy wracać do Sangkhlaburi.
Szczęście w nieszczęściu, czy nieszczęście w szczęściu? Sama nie wiem.

2 komentarze:

  1. Odpaliłem google i myślałem, że mnie rozniesie od niektórych blogów, a tu proszę takie cacko. Konkretnie, przejrzyście i z dbałością o estetykę, to lubię!

    OdpowiedzUsuń