wtorek, 14 czerwca 2016

Bình Dương

W Sajgonie nie mam szczęścia do nawiązywania znajomości. Ludzi poznaję głównie w pracy i tak się składa, że ci, których zaczynam darzyć większą sympatią decydują się odejść.
Jeden z moich dobrych kolegów odszedł z pracy, bo wyjeżdża niedługo do USA. Zanim opuści Wietnam mamy jednak trochę rzeczy zaplanowanych. Ostatnio zaprosił mnie niedawno do siebie, do niewielkiej miejscowości Bình Dương znajdującej się niedaleko HCMC.


Nieco ponad 20 kilometrów od Sajgonu. No to 15 min i będę pomyślałam - bo droga prosta. Nic bardziej mylnego. Wydawało mi się, że jak minę jedno duże rondo w centrum Sajgonu to już będę na prostej drodze. A tam co? Korek. No tak, przeliczyłam się. Dotarcie na miejsce zajęło mi godzinę, ale udało mi się nie zgubić po drodze. Ale aparatu fotograficznego oczywiście zapomniałam zabrać.


Po wrzuceniu czegoś na ruszt (coś.. dziwnego - suszona ryba, warzywa i dziwne białe rzeczy z sosem chilli - bardzo dobre, ale sama nie wiem co zjadłam) wybraliśmy się do świątyni Đại Nam. Jest ogromna. Można by tam spędzić cały dzień. Jeziorka, wieże, skały, mnóstwo pomieszczeń przeznaczonych do modlitwy.


W jednym z nich koło Buddy znajduje się figura Ho Chi Minh'a (co wzbudza kontrowersje). I zakaz fotografowania. Zakaz zobaczyłam chwilę po zrobieniu tego zdjęcia.


Niestety w chwili obecnej nie można wchodzić na skały, które jak dla mnie są największą atracją tego miejsca. Ale - w świątyni sprzedają... no co? Zgadniecie?!
Piwo.
To mi się bardzo spodobało i dalszą część zwiedzania odbyłam z browarem w ręku. Trochę mi to wynagrodziło smutek z powodu niemożliwości wejścia na skały.


Po świątyni kolejnym celem wycieczki było jeziorko, przy którym jednak nie dało się zaparkować motora. Wybraliśmy się zatem pod pagodę, która przypominała mi trochę wjazd do Sangkhlaburi.


I tak jeszcze obfita kolacja i musiałam zbierać się do domu. Po drodze złapała mnie sroga burza, już na wjeździe do Sajgonu. I muszę przyznać, że burze są tu dużo bardziej upierdliwe, niż w Tajlandii. Bo poza deszczem jest w powietrzu jeszcze ten cały brud i smog, który wręcz gryzie w oczy. W płuca pewnie też, ale idąc za przykładem Wietnamczyków noszę maseczkę podczas jazdy.
W każdym razie - miło było wyrwać się z HCMC i pooddychać powietrzem bez smogu.

A już w przyszłym miesiącu  wyprawa na północ - na Fansipan, najwyższą górę Wietnamu i szlajanie się po polach ryżowych.

4 komentarze:

  1. no właśnie, miałam pytać, czy już sobie sprawiłaś maseczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. maseczka to jak narodowy strój tutaj - musi być! :)

      Usuń
  2. Fascynujące są te świątynie , wiele razy marzyłam o tym by je móc kiedyś zwiedzić.Zazdroszczę. smogu już nie :(

    OdpowiedzUsuń