wtorek, 7 czerwca 2016

Historia mojej emigracji

Zaczęła się w Finlandii. Zalana łzami, na lotnisku w Turku nie chciałam wracać do Polski. Miałam wrażenie, jakby świat mi się miał zawalić. Spóźniłam się na samolot, zgubiłam bilet. Ale samolot też się spóźnił. A na pokład wpuścili mnie tylko na dowód osobisty.

stadion olimpijski w Helsinkach

Obiecałam sobie, że wrócę. I to nie w odwiedziny, a na dłużej. I wróciłam, za niecały rok. Który pamiętam jako jedno wielkie nieszczęście i chlipanie w poduszkę. Największą tragedią była strata pracy, za co później byłam ogromnie wdzięczna, bo inaczej chyba bym się nie zebrała do faktycznego wyjazdu za granicę. I w końcu byłam w Finlandii, doczekałam się. Zamieszkałam w Tampere. Było wspaniale. Nigdzie wcześniej nie czułam się tak dobrze. Na wszystko miałam plan, nawet wiedziałam, gdzie chcę kupić mieszkanie. Nowe bloki, ze szklanymi tarasami z widokiem na Pyhäjärvi. Tam też chadzałam wieczorami z cydrem. Siedziałam na pomoście, moczyłam nogi w wodzie i delektowałam się chwilą. Nie wszytko jednak trwa wiecznie i musiałam mój mały raj opuścić. I znowu tragedia, rozpacz, niewiedza co dalej. 

 Näsijärvi

Padło na Bern. Cóż ja o tym miejscu wiedziałam? Że mój nauczyciel neurologii robił tam specjalizację. Tyle. Z moim kulawym niemieckim znalazłam się w stolicy Szwajcarii.

 ukochany Bern

 I tu dopiero wsiąkłam. Zażerałam się czekoladą i serem na tony. Robiłam sobie długie wycieczki rowerowe. Co weekend gdzieś jeździłam, najczęściej w Alpy - i to dopiero było spełnienie marzeń. Jak ja chciałam mieszkać w Alpach! I nagle były na wyciagnięcie ręki. A i te miesiące na neurologii wspominam bardzo dobrze. Mimo iż strasznie się męczyłam z pisaniem raportów po niemiecku, że czasem było tyle roboty, że aż spałam w biurze, że wymagania były wysokie, że no... jednym słowem łatwo nie było. To nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam tak ciekawej i przyjemnej pracy. Kolega rezydent mnie codziennie karmił. Uczyłam się i rozwijałam, w kierunku, w którym chciałam. Ale cóż, zbyt dużo francuskojęzycznych petentów, ja po francusku zero, więc nie było szans dla mnie na tym etapie. Uparłam się, że dam radę i że nauczę się cholernego francuskiego i wrócę.

 Jungfraujoch

Poszłam w zaparte i się uczyłam. Ale zupełne mi nie szło. Rzutem na taśmę trafiłam do Hannoveru. Byłam zawiedziona porównując wszystko do Szwajcarii, ale wiedziałam, że to okres przejściowy.   Ogólnie rzecz biorąc... byłam bardzo zadowolona.  To chyba kwestia ludzi, którzy mnie tam otaczali. Atmosfera wśród neuro-emigrantów była cudowna. Czułam się trochę zawieszona w przestrzeni. Bo wiedziałam, że nie zostanę tam na stałe, ale jednocześnie było mi bardzo, bardzo dobrze. Dużo się śmiałam, dużo piwa piłam, jednym słowem - dużo się działo. To był dobry czas.

wszyscy emigranci-neurolodzy razem

 Ale cóż, tym razem nie życie zdecydowało za mnie, a zdecydowałam ja sama. Nie zostanę jeszcze na rok, nie będę próbować potem jeszcze raz w Szwajcarii.  Oszalałam, zupełnie mnie porąbało. Rzuciłam wszystko, upchnęłam graty w jeden plecak i poleciałam do Tajlandii. Wszyscy łapali się za głowy pytając, co ja wyprawiam. Zamieszkałam w środku dżungli, przy granicy z Birmą. W Sangkhlaburi o którym nikt nigdy nie słyszał. Bez pojęcia o Azji południowo-wschodniej przeżyłam niemały szok. Ale to było, czego potrzebowałam. Dopiero tam naprawdę poznałam siebie.
Pokochałam Tajów, tajskie jedzenie, moją wieś. Po pracy polewałam drinki w barze. Jak nie było prądu leżałam na ulicy i gapiłam się na niebo. Jeździłam skuterem po dżungli. Tańczyłam na stole. Pływałam w jeziorze po tajsku - w ubraniu. To w Sangkhlaburi poczułam, czym jest prawdziwe życie.

 pora deszczowa w Sangkhla

I cholera, jak ja nie chciałam wyjeżdżać. Ale i tym razem musiałam podjąć decyzję. Bo chociaż było wspaniale, to nie mogłam znieść dłużej swojej pracy. Braku wypłaty na czas, wiecznych problemów, szarpania się z szefostwem z Anglii. 

 wycieczka do dżungli

Padło na Wietnam. I z prawdziwej dżungli przeprowadziłam się do betonowej dżungli. Jak pierwszy raz weszłam do supermarketu pod domem, to nie mogłam uwierzyć, że w sklepie może być tyle rzeczy naraz i pętałam się tam dobre pół godziny.
  
sajgon na drodze w Sajgonie

W Sajgonie jest trochę jak... w Niemczech. Jest dobrze, ale wiem, że to jest raczej okres przejściowy. Mam swoje ulubione miejsca, mam znajomych (ale jeszcze nie przyjaciół), mam kotka, który dołączy do mnie w dalszej drodze, cieszę się tym, czego w tej chwili mogę doświadczyć. Dobrze przez pewien czas pomieszkać w metropolii, zobaczyć Azję z nowej perspektywy. Ale wiem i jestem już pewna, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Że ruszę dalej.
I ta historia dopiero się zaczynie.

***

Tym razem wracamy do starszych tematów projektów, aby nowe klubowiczki mogły je nadrobić.

10 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Bardzo bym chciała i w Chinach kiedyś spróbować zamieszkać :)

      Usuń
  2. Aniu! Zycze Ci powodzenia! Sledze twoja droge i zycez ci powodzenia!International Office z Hannoveru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Uściski z Sajgonu!

      Usuń
  3. Wow! Życzę powodzenia i bardzo podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow! Życzę powodzenia i bardzo podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Za Finlandią są się tęsknić. Powodzenia i wielu wrażeń na dalszych etapach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj kocham Finlandię bardzo bardzo :) Dziękuję :)

      Usuń
  6. Za Finlandią są się tęsknić. Powodzenia i wielu wrażeń na dalszych etapach :)

    OdpowiedzUsuń