poniedziałek, 27 czerwca 2016

Koh Tao

Chciałam na południe tak bardzo, na wyspy, do lazurowej wody i gorąca i bezustannym marznięciu na północy Tajlandii. Nie wiedziałam gdzie, a że akurat na Koh Tao była koleżanka z bagna, to padło właśnie na tę wyspę.


Zaraz po wyjściu z promu, na którym podróż umilałyśmy sobie niezwykle wysokich lotów grą (wymyślić np. 20 synonimów słowa dupa) poirytowałam się. Dwiema rzeczami. Pierwszą byli wszechobecni naganiacze - taxi, hotel, cośtam. Nie przywykłam do tego w Tajlandii! Drugą, która spotęgowała irytację rzeczą numer jeden była grypa. Ból głowy, gardła gorączka, kichanie i smarkanie co 5 minut nie jest najprzyjemniejsze w 37 stopniach i dużej wilgotności. Koh Tao było zdecydowanie paskudnym miejscem na chorowanie. Nawet Bombay Gin już się do mnie nie uśmiechał. No i jeszcze na dzień dobry koleżanka oznajmiła, że kilka dni wcześniej na wyspie został zamordowany brytyjski turysta. Piękny, pozytywny początek, prawda?


Ale! Trzeba było przetrwać. Na pierwszy ogień poszła wycieczka na Koh Nang Yuan. Ze śpikiem z nosa po pas, sapiąc i rzężąc wtoczyłam się na punkt widokowy. Mimo cierpień było warto!


 Kolejnego dnia - kolejna górka. Tym razem na samej Koh Tao. Wybrałyśmy się z przypadkowo poznanymi chłopakami z hostelu. Znaleźli oni piękne miejsce, do którego prowadziły prowizorycznie sklecone drabiny. I znów - warto było smarkać i dyszeć. I rozedrzeć sobie gacie na tyłku. Mniej przyjemnie wracało się później przez bardziej zaludnione części Koh Tao czując na zadzie wzrok wszystkich napotkanych przechodniów.


Potem już trochę dałam sobie spokój. Bardzo chciałam nurkować, ale z glutami zatykającymi całe górne drogi oddechowe nie było to zbyt mądre rozwiązanie. Został zatem snorkeling, który też był całkiem niezły. Dużo czasu na plaży, w wodzie, z browarkiem w łapie. Tego potrzebowałam. Na koniec wybrałam się do Shark Bay. Po drodze spotkałam dużego, zielonego węża w krzakach. Był piękny. Niestety nie byłam wystarczająco szybka, by zrobić mu zdjęcie.


Zatoka rekinów wiele się nie różniła od innych plaży na wyspie. Ryby, kraby, jeżowce, inne morskie żyjątka. Chang w przerwie od pływania.  I tak gdy się kisiłam w wodzie rozcięłam sobie na kamieniach. Tak solidnie. A byłam dość daleko od brzegu. I tu w mojej wyobraźni pojawiły się wszechobecne rekiny, które na pewno zwabi świeża krew. Nie zjawiły się jednak. Noga piekła niemiłosiernie w słonej wodzie, ale żadna większa tragedia nie miała miejsca.


Następnego dnia już czekał na mnie prom, na którym miałam rozpocząć podróż powrotną do Kanchanaburi, a potem Wietnamu.
To było pół roku temu. Czasem dalej tęsknię za Tajlandią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz