poniedziałek, 25 lipca 2016

Delta Mekongu


 wioślarka w Delcie Mekongu

Jazda pod prąd. Wkurza mnie niepomiernie. A tu, w Wietnamie ludzie jeżdżą pod prąd wszędzie. Cóż, tym razem spotkało to i mnie.
Do Delty Mekongu pojechałyśmy najszybszą trasą pokazaną przez Google Maps. Nagle droga jakaś taka większa i lepszej jakości się zrobiła, coś więcej autobusów i ciężarówek. Niemiło. Ale jedziemy dalej. A tu co? Bramki na autostradzie. I zakaz wjazdu motorów. I co teraz? Ani w jedną stronę, ani w drugą. Jedyne wyjście - zrobić to po wietnamsku - zawrócić, pojechać autostradą pod prąd do najbliższego zjazdu. Udało się nawet szybko wjechać na niewiele dłuższą drogę alternatywną. Ale lekcja z tego taka - nie zawsze wierzyć Google Maps. Przynajmniej dopóki nie wprowadzi opcji "dla motora".

 przerwa dla obolałego tyłka motórzysty przy kawce na hamaku

Do miejscowości My Tho dotarłyśmy bez dalszych perypetii, jeśli nie liczyć opitolenia nas na jakieś 50 000 VND (majątek! - 10 zł) na zupkach Pho przez panią je sprzedającą. Nie mogłyśmy za to znaleźć przystani z łodziami kursującymi po Mekongu. Z pomocą przyszedł nam pan jadący na skuterku. Na początku mu nie chciałam ufać, ale tak uparcie próbował nam pomóc, że w końcu doprowadził nas do celu.


Załapałyśmy się na prywatny kurs taką oto łódką. Co ciekawe krzesełka są tam takie normalny, jakby wyniesione z jakiejś taniej knajpy i przykręcone śrubami do podłogi. Tu w Wietnamie da się wszystko! 


 Odwiedziłyśmy trzy wyspy. Wyspę jednorożca, wyspę żółwia i wyspę feniksa. Poczęstowano nas lokalnymi owocami, a przy okazji nauczyłam przewodniczkę ich angielskich nazw. Odwiedziłyśmy fabrykę miodu (w której mieli ogromnego pytona, dostałam nawet do potrzymania, ale silny był skurwysyn, nie mogłam rąk rozprostować, jak zaczął się zwijać).


Moją ulubioną fabryką - na wyspie feniksa chyba, jeśli dobrze pamiętam była fabryka kokosowych cukierków. Dostałyśmy do spróbowania jeszcze ciepłą kokosową masę. Tak strasznie mi zasmakowała, że aż zakupiłam 3 paczki cukierków. Po ostygnięciu nie są aż tak rewelacyjne, ale i tak warto było je ze sobą zabrać. 

prawdziwy polski turysta z reklamówką

Był też domek z kokosa, w całości wykonany z kokosa (poza znajdującym się w nim popiersiem Ho Chi Minha) i świątynia Kokosowego Mnicha. 


Jedno miejsce mi się nie podobało - farma krokodyli. Mnóstwo krokodyli w małym, betonowym stawiku. Stłoczone właściwie jeden na drugim. A na nich śmieci, jak widać na zdjęciu. Przewodniczka nie umiała nam odpowiedzieć na pytanie - po co one są tutaj trzymane.

 turyści karmili ryby z... butelki

Wracając do części przyjemnej - najbardziej podobało mi się przepłynięcie maleńką łódką przez kanały na wyspie. Właściwie tak sobie wyobrażałam całą Deltę Mekongu. 


Po skończonej wycieczce i powrocie do My Tho wsunęłyśmy szybki obiad i nadszedł czas na dalszą drogę - do Cai Be, gdzie czekał na nas zarezerwowany hotel. Wybrałyśmy drogę "krótszą, a wolniejszą". Trochę z obawy przed kolejną szaloną autostradą. Z początku droga, jak to droga - ruch szalony, dziury wszędzie, trochę syfu w powietrzu. Ale łatwo być nie mogło. Wjechałyśmy na jakieś ultra wąskie dróżki, mostki, potem niemalże w dżunglę. No, ale Google Maps przecież wie, co robi! No i wiedziało, bo do hotelu dotarłyśmy. I tam kolejna dziwność. Prysznic na wysokości mojego kolana. Wiem, że Azjaci wysocy nie są, ale prysznic ten chyba był dzieci do lat 10, lub karłów. Szybko jednak przestałyśmy się nad tym zastanawiać, bo trzeba było przecież spróbować lokalnej kuchni.


Trafiłyśmy do knajpki z grillem. I tam wśród krewetek, kalmarów, rybek były także szaszłyki ze szczura. Nie skusiłyśmy się jednakże na ten wątpliwy rarytas i zostałyśmy przy owocach morza, warzywach i żabach. Po powrocie do pracy koleżanka próbowała uświadomić mi, jak wielki błąd zrobiłam nie jedząc szczura, bo są taaaakie pyszne. Cóż, cała reszta była bardzo pyszna. I to mi chyba na dziś wystarczy.


Rano wyruszyłyśmy wcześnie (koło 8!), żeby zobaczyć targ na łodziach. Łodzie były już niestety rozładowywane. I znów - koleżanka z Wietnamu uświadomiła mi - tam trzeba być koło 4 rano, żeby coś zobaczyć. Może kiedyś zatem? Ale nie wiem, co musiałoby się dziać, żeby mnie zerwać z łóżka o 4 rano. Zamiast tego wybrałyśmy się na lokalny targ, gdzie sprzedawcy nie mogli nadziwić się, jak kupiłam sobie duriana i zjadłam. Nie wiem, czy pokazywali na mnie, bo jadłam go, czy też dlatego, że on tak śmierdzi. Dla wszystkich, którzy duriana nie próbowali - śmierdzi na kilometr zgnitą cebulą. Smakuje jak mieszanka śmietany, skisłej cebuli i miodu. Można nie wierzyć, ale - mniam :) Marcie jednak nie zasmakował.

6 komentarzy:

  1. Możesz po prostu nie kłaść się spać i do tej czwartej doczekać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jakaś myśl żeby dać radę:)

      Usuń
  2. Ania, przeczytałam o skurwysynie pytonie mojemu facetowi i stwierdził, że to bardzo dwuznacznie brzmi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. iii.. o to chodzi :D dwuznaczne = intrygujące! :)

      Usuń
  3. Fajnie piszesz, genialny ten Twój blog!

    OdpowiedzUsuń