poniedziałek, 4 lipca 2016

Mój kraj idealny.

Tym razem napiszę jak wyglądałby mój idealny kraj poskładany ze wszystkich innych miejsc, w których mieszkałam.

Co bym ze sobą zabrała, za czym tęsknię, co obecnie doceniam?

POLSKA

Nie tęsknię za Polską. Ale! Jest kilka rzeczy, które dobrze byłoby mieć w każdym zakątku świata.
Ogórki kiszone. Uwielbiam je. Potrafię zjeść kilogram na raz. Mogłabym ukisić swoje, ale nigdy nie będą tak dobre, bo zwyczajnie nie da się kupić odpowiednich przypraw.
Żywiec Biały. Moje ulubione piwo nad piwa.


Góry i Jura Krakowsko-Częstochowska. Kocham polskie góry i skały (jak już pisałam w zeszłorocznym projekcie jesiennym). To nieodłączna część moich czasów nastoletnich i studenckich. Więc jak tęsknię - tęsknię do beskidzkich szlaków, popijania herbatki zakrapianej spirytusem, spania w namiocie lub na podłodze w schronisku.


FINLANDIA

Co bym zabrała z Finlandii? Całą Finlandię! Ale jeśli muszę wybrać...
Język fiński - sprawia mi wielką przyjemność używanie go, bardzo żałuję, że już zapomniałam jak się mówi, a jak próbuję coś przeczytać muszę się bardzo skupić. To bez wątpienia mój ulubiony język.
Renifery mają najsmaczniejsze mięso jakie kiedykolwiek jadłam. Aż ślinka mi cieknie na samą myśl.
Sauna, a po saunie tarzanie się w śniegu. Tu jest tak gorąco, że nawet nie chcę się myśleć o wchodzeniu do jeszcze bardziej gorącego pomieszczenia. Więc mimo iż bardzo lubię azjatycki klimat, to czasem chce się odmiany.


 Lasy i jeziora, które są czyste i piękne. Można odetchnąć na zewnątrz nie pocąc się litrami.


SZWAJCARIA

Gdybym chciała wymienić wszystko to też mogłaby powstać o tym książka. 
Bern - najbardziej urokliwa stolica, piękne miasto.


Alpy. I znów góry. Mieszkanie blisko Alp sprawiało, że czułam się, jak w raju. Kiedy tylko pogoda dopisywała zawsze miałam idealny plan na weekend.
Praca, jedyna, którą tak naprawdę szczerze lubiłam. I nie krzywiłam się z rana na myśl, że znowu muszę tam być. Chciało mi się. Takie miejsce pracy to skarb.
Ser i czekolada. Co tu dużo mówić - smaczniejszych nie ma nigdzie.


Blisko do Włoch. Uwielbiam włoskie jedzenie, nie było problemem wyskoczyć do Włoch na pizzę w weekend, albo chociażby do Ticino - kantonu włoskiego. Mogłabym zamieszkać we Włoszech tylko po to, żeby jeść.
Zdrowa tolerancja. Nie ma zasiłków dla przybyszów typu "jestem tu, nie robię nic, nie adaptuję się i biorę socjal". Ale festiwal LGBT pod parlamentem? Czemu nie! Bardzo podoba mi się podejście Szwajcarów do tego typu tematów społecznych.


NIEMCY

Kraj ten mojego serca nie skradł i nie ryczałam jak bóbr wyjeżdżając, ale jest kilka rzeczy, które bez wątpienia zabrałabym ze sobą wszędzie.
Piwo (chyba jestem dosyć monotematyczna - żarcie, góry i piwo...). Bardzo duży wybór i tanie. Mój ulubiony Erdinger Dunkel w schronisku na górze Brocken. Aż się uśmiecham do siebie na te wspomnienia. Tutaj mogę kupić czasem niemieckie piwo, ale jakieś 10 razy drożej niż w Niemczech. 
Punktualność! Nie lubię kiedy ludzie nie szanują mojego czasu, kiedy muszę czekać na spóźniony pociąg, kiedy sklep nie jest otwarty w porach otwarcia. Każdy w Niemczech jest na czas, wszystko idzie tak jak powinno.
Ruch drogowy - uporządkowany, spokojny, wszyscy przestrzegają przepisów. Piękne, równe, dobrze oznakowane drogi. Zupełne przeciwieństwo przemieszczania się po szalonych azjatyckich ulicach.


Atrakcje takie jak noc muzeów, festiwal muzyki z całego świata, pchle targi, festyny, festiwale piwa. Cały czas coś się dzieje, nie ma możliwości powiedzieć "tu nie ma co robić".
Porządek - wszystko jest czyste i schludne, miasta zadbane, nie dziadostwa i brudu w miejscach publicznych. Każdy dba o to, aby było estetycznie wkoło.


TAJLANDIA

I znów muszę się powtórzyć. Na samym początku - jedzenie! Wszystko. Ciężko mi znaleźć, co jst najlepsze. Takiego curry nigdzie indziej nie ma. Bardzo tanie i pyszne potrawy, właściwie brak problemów żołądkowych po spożywaniu jedzenia ulicznego. Najeść się do syta w knajpie za 5 złotych? Nie ma problemu.


Tajowie. Chyba nigdzie nie zwarłam tylu znajomości z tubylcami, co w Tajlandii. Są życzliwi, otwarci, uśmiechnięci. Nawet tajskie dzieci lubię.


Moja wieś w dżungli - Sangkhlaburi. Miejsce na końcu świata, niby nic szczególnego tam nie ma, ale dla mnie jest bardzo szczególne. To, że łatwiej było pojechać do kogoś do domu i zapukać do drzwi, niż dzwonić. Że tam życie płynie zupełnie inaczej, swoim własnym rytmem. Że jak nie było prądu przez 2 dni to jakoś mi to nie przeszkadzało. Dalej sporo tego miejsca mam w sobie, ale chciałabym dalej tam żyć.
Kultura i tajskie zwyczaje, wierzenia, sposób zachowania. Zupełnie tu wsiąkłam. Myślę, że więcej na ten temat jeszcze napiszę.
Tatuaże i podejście ludzi do tatuażu w Tajlandii. Tatuowanie leży głęboko w tajskiej kulturze, bez problemu można znaleźć dobrych, precyzyjnych artystów. I nikt się z powodu tatuażu dziwnie na człowieka patrzył nie będzie.


WIETNAM

Chyba łatwiej jest znaleźć to, co się docenia w danym miejscu, jak już się je opuści. Bo teraz muszę się solidnie zastanowić.
Owoce morza - bardzo tanie i zrobione po mistrzowsku. Nigdzie nie jadłam lepszych. Więc jem na potęgę.

Owoce - litchi prosto z drzewa? Proszę bardzo. Marakuje, pitahaje, bardzo słodkie, małe bananki. Smoothie z owoców to moja codzienność. Jabłka są strasznie drogie, ale kto by jadł jabłka jak może zjeść świeżą papaję, albo mango?
Styl życia - może wkurzać, może zachwycać. Ja się go uczę jeszcze. Nikt jakoś nie planuje, rzeczy się po prostu dzieją. Czasem potrzebuję głębokiego oddechu, kiedy nic nie idzie tak jak miało iść, wszystko przesuwa się w czasie. Ale tego mi trzeba. Przez długi czas chciałam mieć wszystko ułożone i nakreślone od linijki, a tu się tak nie da. Trzeba płynąć z prądem. I jak już człowiek się z tym pogodzi to... nagle robi się dużo lżej w głowie.


Co by wyszło gdyby to wszystko połączyć? Na pewno raj kulinarny, ale poza tym chyba niezły szał i nieład. Ale to co najważniejsze z każdego z tych krajów zabrałam se sobą. Każde miejsce na obczyźnie, w którym mieszkamy wzbogaca i poszerza horyzonty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz