środa, 20 lipca 2016

Tunele Cu Chi, klątwa ciepłych źródeł

Drugie odkąd mieszkam w Azji odwiedziny z Polski :) Tym razem niespodziewanie przyleciała do mnie zaopatrzona w kiełbasę i wódkę Marta. Na szybko udało się zamienić zmianą z koleżanką z pracy i wykombinować trochę wolnego, co by pojeździć po okolicy.


Odziane jak na mieszkańca Sajgonu przystało (ja to już wyglądam jakbym miała skośne oczy) wybrałyśmy się dnia pierwszego do tuneli Cu Chi. Były one używane przez Viet Cong podczas wojny, obecnie część została udostępniona jako atrakcja turystyczna. Jeden kompleks tuneli, łatwiej dostępny z HCMC został wybudowany specjalnie pod turystów. My udałyśmy się do tego, który odwiedzają Wietnamczycy.


Łatwo nigdy być nie może - nawigacja zaprowadziła nas w inne miejsce. Świątynia - super, wchodzimy. Czemu by nie zobaczyć. Ale cóż to za świątynia? Wydawałoby się, że buddyjska. Otóż nie.


To miejsce kultu Ho Chi Minha.
Rozejrzałyśmy się i pojechałyśmy dalej, szukać tuneli. Jakimś cudem się udało. Głupotą było nie zabranie wody, przewodnik mówił,że woda jest "inside, inside". Nieprawda. Nie było aż do końca.


Na początku mały spacer aż dotarłyśmy do "kina". Puszczono nam komunistyczny film propagandowy sprzed lat. Troszkę poczułam jakbym przeniosła się do Korei Północnej. Sam przewodnik sporo żartował z Amerykanów. Pierwszy Wietnamczyk z tak ciętymi odzywkami. Zobaczyłyśmy więc obraz wojny z drugiej strony strony, oczami komunistów. Dziwne, bardzo dziwne. Ale było zdecydowanie warto.

 otwór wentylacyjny tunelu

Viet Cong wyniesiony jest do rangi bohaterów, a tunele są obecnie dumą narodową. Przewodnik z radością oznajmił nam ilu żołnierzy US Army i w jaki sposób wykończono.

 gdzie jest wejście?

W tunelach, w środku zdjęcia zwyczajnie nie wyszły - było przeraźliwie ciemno (i tak - znów nie miałam aparatu z obawy przed utopieniem go w ciepłych źródłach). Pokażę więc zatem to, co nad ziemią. Tu, między liśćmi jest ukryte wejście


Nie sposób zauważyć. Po odkopaniu przez przewodnika nagle - jest. Maleńkie, takie, żeby tylko Wietnamczycy się mieścili. Jak to powiedział przewodnik - dla Amerykanów były inne wejścia. Duże, bo oni są duzi. I te "wejścia" (pułapki - zapadnie) miały naostrzone bambusy na dole.

łatwo by mi było utknąć

Komary gryzły jak opętane, mimo użycia DEET. Wyobrażałam sobie tych ludzi biegających po dżungli w deszczu, wpadających w dziury z bambusowymi dzidami... no horror. 

 
Na koniec zobaczyliśmy jeszcze sale obrazujące życie w tunelach. Między innymi imitację szpitala, gdzie Viet Cong leczył rannych. Kolejny raz - M*A*S*H jak nic.


Poczęstowano nas tapioką i zwiedzanie się skończyło. Szybko poszłyśmy jeszcze zobaczyć pobliską świątynię (również pełną figur Ho Chi Minha) i "liberation area". W międzyczasie zaczęło srogo lać.


W liberation area przewodnik nie mówił po angielsku, więc tylko prowadził nas z miejsca do miejsca i pokazywał rzeczy palcem. Załapałyśmy się zatem na niemą, prywatną wycieczkę. Czas naglił, bo czekało nas jeszcze około 50km do ciepłych źródeł i aquaparku, więc zwiedzałyśmy dosyć szybko. A do ciepłych źródeł ja po prostu nie mam szczęścia. Po drodze, na autostradzie zobaczyłyśmy przykrytego bambusowym dywanem... trupa. Spod dywanu wystawały nogi i kawałek motora. Na środku drogi tak leżał, wkoło policja i tłum gapiów. Żałowałam, że tam spojrzałam. No i nie powiem żeby dalej mi się prowadziło komfortowo. Na miejscu, kiedy wjechałam na ich teren niemiły pan zaczął na nas krzyczeć po wietnamsku i machać rękami, miałam wrażenie, że mówi "wypierdalajcie". Milszy pan wytłumaczył, że aquapark jest nieczynny niestety. Ciepłe źródła chyba mnie po prostu nie lubią. Na szczęście żeby tam dojechać nadłożyłyśmy może z 15km drogi wracając do Sajgonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz