niedziela, 3 lipca 2016

Wycieczka do dżungli


Sylwester roku 2015, który dla mnie zawsze będzie pamiętany jako 2558. Zdecydowałyśmy z Gandzią pojechać do dżungli. Po drodze zatrzymałyśmy się w małej świątyni znajdującej się w jaskini.


Świątynie po pewnym czasie w Tajlandii przestały na mnie wywierać oszałamiające wrażenie. Bo są po prostu wszędzie. Z biegiem czasu zwiedzałam je z myślą "o, kolejna buddyjska świątynia. Ta była wyjątkowa, aż czuło się TO COŚ. Ciężko mi wytłumaczyć.


Do tego przemiły mnich zachęcał mnie do robienia zdjęć. Zwykle nie czuję się dobrze łażąc z aparatem w takich miejscach, wymagających skupienia, więc po prostu zostawiłam go w schowku w motorze. Mnich sprawił, że aż się wróciłam po aparat. Cieszę się, że uwieczniłam to miejsce.


Potem udałyśmy się już prosto do parku narodowego Khao Laem. Zatrzymałyśmy się na szlaku do wodospadu Kratengjeng (tak, język sobie można połamać). I ruszyłyśmy do dżungli.


Miejsce urzekło mnie już po kilku pierwszych krokach. Wszędzie dookoła tylko dźwięki natury, piękne rośliny, ogromne motyle.


Czułam się jak wędrując po górach. Piękne tu i teraz.


Na koniec udało nam się znaleźć drzewa - olbrzymy. Miałam basen w butach po przejściu przez rzekę, żeby do nich dotrzeć, ale było absolutnie warto. Bo to jedna z najbardziej niesamowitych rzeczy, jakie widziałam w życiu.


I w końcu nadszedł czas na powrót do Sangkhla. Piwo w przydrożnym barze przypomniało mi czasy szkoły średniej, wycieczek w góry i letnich wakacji (a przecież był grudzień!:).


Nocną porą nadszedł czas na pożegnanie - roku 2558 i moje. Bo za 2 dni już wyjeżdżałam z Sangkhla w dalszą podróż. Udałyśmy się do mojego ulubionego baru Blue Rock a potem na most Mon. Z lampionami. Bo to pożegnanie musiało być z przytupem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz