sobota, 6 sierpnia 2016

W góry! Lang Biang

W końcu nadszedł czas na weekend (przedłużony) w górach. O Da Lat (Mieście Miliona Rond Po Których Nikt Jeździć Nie Umie),  plantacjach kawy, błotnej wycieczce na wodospady napiszę oddzielnie, tym razem - Lang Biang.


Zaczęło się, jak zwykle od problemu. Potrzebowałam zatankować, niby sprawa błaha, tym bardziej, że pani z hotelu wytłumaczyła mi - pojedziesz w dół, aż do ronda (haha, ronda są wszędzie), wtedy w lewo i tam po lewej jest stacja. Super. Kręciłam się pół godziny na benzynowych oparach w te i wewte. W końcu stację znalazłam - na wskazanym rondzie musiałam pojechać w prawo, potem w dół, a stacja była po prawej. Cóż, ważne, że znalazłam. Dojazd w góry zajął mi krócej, niż szukanie stacji, piękna droga, prawie pusta więc sama przyjemność. W Sajgonie zapominam, że lubię jeździć, tutaj sobie przypomniałam na nowo. I tak było do końcówki drogi, która była rozkopana. Dziury wypełnione wodą, bo pora deszczowa, żwir i korek. Motorek, któremu do crossa było daleko telepał się i rzęził, podobnie jak mój tyłek. I tu obraz sytuacji - nawet Wietnamczycy nie próbowali się przeciskać na chama przez te dziurska, tylko grzecznie stali w korku. Długo to nie trwało na szczęście, ukazała się mi brama do parku narodowego. I tłum dziki, jak w Morskim Oku. Zostawiłam wehikuł na parkingu i ruszyłam na rozeznanie terenu.

konio-zebra (były też brązowe!), oferowano jazdę na tym stworzeniu przy wejściu do parku

 Po przedarciu się przez największy tłum, jadłodajnie, sklepy z pamiątkami i inne wątpliwe atrakcje zaczęłam szukać szlaku. Czy też "szlaku". Na górę można się dostać na trzy sposoby. Jeepem (który dojeżdża tylko do jednego z dwóch dostępnych szczytów), szlakiem i dżunglą. Nie wiedziałam o opcji dżungla, więc szłam szlakiem, ale jakoś tak dziwnie wyszło, że brnęłam głębiej i głębiej w las i dżungla mnie pochłonęła. Ścieżka taka, jakby jej nie było, tylko kawałki dziwnych tekstyliów powiązane na gałązkach mogły przywodzić na myśl, że to tędy droga wiedzie.


Sapałam jak mój skuter z bagna w Tajlandii, bo wilgotno i gorąco, ale w górę szłam twardo. Jakoś po pewnym czasie przestałam słyszeć jeepy z oddali i wszystko coraz bardziej zarośnięte się stawało. Ale droga prowadziła w górę, czyli tam, gdzie chciałam dotrzeć. Na moje nieszczęście natknęłam się na pająka wielkości połowy mojej dłoni. Co za bydle. Wrzask poniósł się hen daleko, a tyłek huknął o ziemię. Po tym traumatycznym zdarzeniu przede mną wędrował antypająkowy patyk rozgarniający krzaki. 

 Przypomina mi słynną sosnę z Pienin :)

I nagle - jest! Ni stąd ni z owąd wierzchołek.  I droga dla jeepów. Czyli dotarłam, ale nie tam gdzie chciałam. Do góry z radiostacją. Mieli budkę z piwem, więc w sumie nie wyszło tak źle. Odsapnęłam chwilę, osuszyłam browara i trzeba było ruszać dalej, bo chmury deszczowe nieprzyjaźnie zerkały z niebios gotowe siknąć tak, że dżungli odechciałoby mi się raz na zawsze.


Po przestudiowaniu "mapy" (świstka papieru z narysowaną drogą do radiostacji i zaznaczoną odchodzącym od niej w pewnym momencie szlakiem na Lang Biang) zdecydowałam pójść kawałek asfaltem i w razie czego na GPS sprawdzić, gdzie zaczyna się szlak, gdybym go za długo dostrzec nie mogła. Trudno jednak nie było, bo napotkałam grupę z przewodnikiem. Niektórzy z grupy dzierżyli młotki. Dziwiłam się po co im one, ale potem zobaczyłam po co. Używali ich jako czekanów na błoto. Moja wyobraźnia nigdy wcześniej nie sięgała tak daleko, no ale jak zawsze mówię - Azja jeszcze mnie nie raz zaskoczy. 


Warto wspomnieć, że grupę napotkałam kiedy akurat czaiłam się, aby wskoczyć w krzaki za potrzebą. Ciężko było od nich uciec, bo zaczęli gadać, prosić o fotki i w ogóle wiercić dziurę w brzuchu. Bo co robi białaska sama w lesie i w ogóle jak to tak. Że bez przewodnika niebezpiecznie. Strasznie niebezpiecznie, skoro na błoto używają młotków, a schodząc w dół szlakiem trzymają się za ręce po 15 osób, poruszając 1km/h (naprawdę!), dziko wyją, chyba od tego szybko siły tracą (lokalsi na szlaku w dużej części zachowywali się strasznie - darcie mordy, biciwo z telefonu UMC UMC UMC i zdziwienie, że żadnych zwierząt w okolicy nie ma). 

 Schody w dżungli.

Szlak jakiś wielce wymagający nie był. Najpierw droga przez las sosnowy, potem zaczęła się dżungla. Ale nie taka, jak ta, którą szłam do radiostacji. Bardziej uładzona. I nawet schody tam były. Miliony schodów. Na których wycieczkowicze zatrzymywali się, żeby się do siebie powydzierać blokując całe przejście. Dużo tych grup było, w tym jedna wycieczka z uniwersytetu. Aż zaskakująco dużo. I większość pierwszy raz w górach, przerażona tak długim dystansem do pokonania. Były też znaki pokazujące ile drogi zostało. I tak z 2.2km przeskoczyłam w 15 minut na 700m, które to przemierzałam chyba godzinę.

Co to takie z lasa wylazło?

Na szczycie niestety nie było budki z browarem i ku mojej rozpaczy z żarciem. Zawsze noszę ze sobą tony żarcia, ale życie nauczyło mnie, że jeśli lokalsi gdzieś zmierzają, to na pewno będzie tam pożywienie, tandetne pamiątki i z dużym prawdopodobieństwem tłum. Na Lang Biang nie było żadnego z tych trzech. Większość wycieczkowiczów chyba zawracała gdzieś po drodze.


Po przejściu już znanej mi części drogi przez dżunglę ze schodami udało mi się znaleźć tę właściwą (chyba) drogę na dół. Najpierw sosnowy las, a potem... pola kawy! I to chyba była najpiękniejsza część tego dnia. Widok po prostu obłędny. I nawet się nie rozpadało, paskudne chmury zniknęły.
 No cudownie! 


Oczywiście nie do końca. Jak już znalazłam się na dole okazało się, że po moim motorku nie ma śladu. A jako, że wypożyczony, to poza tym, że wiedziałam, czarna Yamaha to rozpoznać między innymi byłoby ciężko. Próbowałam pytać ludzi, dałam pani w sklepie bilet parkingowy. Najpierw zapytała czy chcę gdzieśtam jechać (widocznie bilet parkingowy był świstkiem papieru niezwiązanym z parkingiem...), potem jak pokazałam jej kluczki zapytała czy je znalazłam. No nie. Cud stał się, bo po raz kolejny podeszła do mnie dziewczyna z grupy uniwersyteckiej, która po angielsku dobrze rozmawiała. Wyjaśniła o co mi chodzi. Okazało się, że motor przepchnięto gdzieśtam dalej, pod dach, a pan parkingowy gdzieś sobie poszedł. Ulga była ogromna, bo już układałam sobie w głowie czarne scenariusze o skradzionym wehikule i czyhającej na mnie płatności. Koniec końców - pojawił się pan od parkingu, bilecik rozpoznał, motor do mnie wrócił i już bez dalszych zawirować pojechałam z powrotem do Da Lat..

 Bejbi kawa:)

2 komentarze:

  1. No to mamy punkt wspolny, bo ja pajakow tez nie kocham.
    Ale najlepsze sa mlotki w roi czekana :)

    OdpowiedzUsuń