sobota, 3 września 2016

Da Lat

Jak to często bywa w moim przypadku - problem zaczął się już na początku podróży. Zwykle jak początek jest trudny, to potem już idzie z górki, w tym przypadki pod górkę było i tu i tu.
Zaklepany miałam bilet na bus nocny (taki z łóżkami!), żeby dotrzeć rano i mieć cały dzień na miejscu. Koleżanki z pracy jak zawsze załatwiły, jest i cacy. Ale czy na pewno?

 plantacja kwiatów

Wyruszyłam nawet z dużym zapasem jak na siebie. Dałam kierowcy Ubera kartkę z adresem, wszystko ok, ale nagle okazało się, że nie wie, gdzie jest. Mojego tłumaczenia nie rozumiał. Godzina prawie 1 w nocy. Cóż zrobić, musiałam zadzwonić do koleżanki z roboty i kwilić o pomoc z tłumaczeniem. Pomogła. Chociaż myślałam, że mnie zamorduje.


No, ale! Dotarłam, zapakowałam się do zbyt małego na mój rozmiar wyrka i poszłam spać. Obudzili mnie kierowcy już na miejscu. Na stacji zarezerwowałam bilet powrotny (ważne dla nie-happy-endu tej historii) i poszłam szukać transportu do hotelu. Uber nie działał, o godzinie 6.30 na drodze żywej duszy, ale po chwili kręcenia się po okolicy zobaczyłam samotne moto-taxi czekające na ofiarę. Nigdy wcześniej nie korzystałam z moto-taxi (życie jeszcze mi miłe...), ale tym razem wyjścia nie miałam. Starałam się nie kwiczeć zbytnio (paskudny ze mnie pasażer, unikam siedzenia na tyle motocykla, mimo iż prowadzić uwielbiam) i jakoś dotarłam do hotelu. Obiecałam sobie - pierwszy raz i ostatni.

 kawo-dzieci

Ogarnęłam się nieco i zdecydowałam wybrać się na wycieczkę organizowaną przez hotel, która miała rozpocząć się za około godzinę. Mieli akurat ostatnie wolne miejsce. Była to moja pierwsza w życiu zorganizowana wycieczka, pewnie sama bym tego nie wymyśliła, ale została mi ona polecona przez Martę. Poza tym - byłam strasznie zmulona i zaspana i chyba sama bym nic w tym stanie konstruktywnego nie wymóżdżyła na ten dzień. Wybór okazał się zaskakująco udany!

 wino-wódko-bimbrownia

Usiadłam między kierowcą, a przesympatyczną, gadatliwą przewodniczką. Widok na drogę miałam zatem zacny. Plantacje kawy i góry - czego chcieć więcej? Było jednak więcej.

 hodowla świerszczy

Zaczęliśmy zwiedzanie od stacji kolejowej na wyjeździe z Da Lat. Potem była plantacja kwiatów. Da Lat jak się okazało słynie z eksportu kwiatów do reszty Wietnamu. Dużo było chryzantem i tutaj wcale nie słyną one jako kwiaty nagrobne.

 robaczki - mniam

Następnie mała wioska lokalnej społeczności, gdzie hodowali kawę. Duuużo kawy. Co ciekawe obowiązuje tam matriarchalny model rodziny. Kobiety trzymają rękę na finansach, wybierają męża, oświadczają się, a nawet muszą ofiarować rodzinie amanta zapłatę (typu krowa) za niego.
Była plantacja jedwabiu, a potem ferma świerszczy do... jedzenia. Były tam też robaczki jedwabiowe i nalewka z nich. Zjadłam trochę usmażonych świerszczy, zamiast nalewki robakowej dostaliśmy wino ryżowe (o mocy wódki i smaku podłego bimbru) i przewodniczka opisała również jak taki trunek wyprodukować pokazując aparaturę. Było trochę paskudne i nikt za bardzo go nie chciał, jeden z uczestników - Australijczyk nieśmiało szukał kompana do tego wina, to mu pomogłam.
Następnym punktem wycieczki była świątynia i wodospad, o którym pisałam w poprzednim poście. Później ogromny lunch, bardzo dobry, ale niestety wieczorem moje flaczki nie były już takie szczęśliwe.

 jedwab w procesie tworzenia

Ostatnim punktem wycieczki była... fabryka kawy z gówna. Tak, najdroższej kawy świata. Cywety jedzą świeże kawowe owoce, a to, co wydalą jest płukane, tak by zostały tylko ziarenka. Są one prażone, obrabiane i... myk powstaje kawka. Trochę się skrzywiłam na samą myśl i piciu kalnego wywaru, ale spróbowałam i kawa okazała się dobra.

pół Budda - pół Jerzy Urban

Następnym punktem wycieczki miał być Crazy House, ale rozpadało się jak szalone, a większość tego przybytku ogląda się z zewnątrz, więc punk ten został pominięty. Jak przestało tak srodze lać postanowiłam się jeszcze przespacerować do baru, z którego dachu miał roztaczać się piękny widok, a wnętrze wydawało się przyjemne. Zawiodłam się. Drinka zaserwowano mi w plastikowym kubku, knajpa miała milion pięter, wiła się jak labirynt, a wszędzie było na tyle ciemno, że musiałam przyświecać sobie telefonem, żeby nie grzmotnąć w niski strop lub nie potknąć się o elementy dekoracji. Z dachu, który moim celem był lała się tylko woda do środka baru. No nic, nie wszystko musi być piękne, poszłam zatem kawałeczek dalej na targ. I tam już było super, kupiłam całą ogromną torbę suszonych owoców i objadłam się owoców morza.

 "gówniana" kawa

Ukontentowana wróciłam więc do hotelu z zamiarem wypożyczenia motora na następne dni. Droga przez mękę. Ileż się nasłuchałam, że białas to jeździć nie umie, że tu nie ma świateł, tylko ronda. Super, w Sajgonie światła są, ale każdy je ignoruje, a po rondach jeżdżą na wprost i pod prąd. Co mi Da Lat. No, ale nie i nie. Białas nie da rady. Jeszcze tym bardziej dziewucha. Zobaczyli 2 prawa jazdy i jeszcze dowód rejestracyjny od moto wypadł na glebę, więc też zobaczyli. I dostałam to, co chciałam. Czyli miałam środek transportu w góry na dzień następny, co też już opisałam tutaj.


Ostatniego dnia, już po górach wybrałam się tym razem z powodzeniem do Crazy House - jest to budynek, który wygląda jakby go żywcem wyrwano z Alicji z Krainy Czarów. Mieści się tam też hotel. Potem letnia rezydencja króla Wietnamu, kolejka linowa, którą przejechałam nad wzgórzami okolicznymi i pyszny gorący garnczek, czyli hot pot. Wtedy już zaczęły się czaić chmury deszczowe i obawiałam się, że ulewa złapie mnie, jak będę jechała, ale postanowiłam jeszcze spróbować zobaczyć ogród botaniczny. Udało się, zdążyłam oddać motor zanim się rozpadało.


I taki byłby finał tej wycieczki, bo udałam się na autobus powrotny. Ale byłoby zbyt lekko, gdybym po prostu odebrała bilet i wsiadła. Podeszłam do kasy, a tu co? Mojej rezerwacji nie ma w systemie. Mało tego, autobus, w którym rezerwowałam miejsce nie istniał. Cud? Nie było wyjścia musiałam czekać 3.5 godziny na następny, w którym było wolne miejsce, co mi się nie uśmiechało, bo to znaczyło, że w Sajgonie będę około 4-5 rano, a na 9 musiałam być w pracy. No ale co zrobić? Siąść i płakać pomyślałam. I prawie to uczyniłam w oczekiwaniu na autobus, ale ukazało mi się czerwone światło. Pomyślałam sobie - burdel czy bar? W nadziei na bar powlokłam się tam smętnie. Iiii zbawienie! Miejsce okazało się kawiarnią! Także z całkiem przyjemnym widokiem, dużo lepszym humorem i ciepłą kawą doczekałam jakoś do autobusu powrotnego.

 
widok z kolejki linowej

2 komentarze:

  1. autobus, który nie istniał??? Masakra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja poprosiłam o autobus na 31 lipca, około 19. Pani mówi: ok, ok. Dałam jej imię i nr tel. Ok, ok.
      Tu tak czasem jest, że potakują,a nie wiedzą, co białas mówi i potem oleją. Ale zapisała, zabrała telefon, co dla tych busów jest normalne, wszystkie rezerwacje na nr tel, a płaci się w busie, na miejscu, biletów nie dają wcześniej, więc nie było mi to podejrzane.
      No, ale.. ważne, że do pracy dotarłam :)

      Usuń