sobota, 10 września 2016

Vung Tau

Ostatnia wycieczka na której towarzyszyła mi Marta. Wybrałyśmy się do Vung Tau. Bardzo chciało nam się plaży, a naszą radość powiększył fakt, że znajduje się tam Jezusek. I to nie byle jaki, bo 36-metrowy. Nie tak ogromny jak Aragorn ze Świebodzina, ale i tak zacnego wzrostu, bo większy niż ten słynny w Rio!  A że nasza kamratka Maryśka właśnie 2 dni później wybierała się własnie do Chrystuska w Rio uznałyśmy, że zaskoczymy ją i będziemy pierwsze.


Zdecydowałyśmy się jechać autobusem. Po poprzednich perypetiach z zakazem ruchu motocykli po autostradzie wydawało nam się to najsensowniejszą opcją, bo do Vung Tau jedzie się właśnie autostradą. Trochę oszołomił nas dworzec autobusowy w Sajgonie. Takiego chaosu jeszcze nigdzie nie widziałam. Jeden wielki szał. Gdyby nie to, że gdy kupowałyśmy bilety w kasie był obok kierowca i zaprowadził nas do busa to chyba byśmy nigdy go nie znalazły. Ale podróż przebiegła bardzo przyjemnie i już po dwóch godzinach byłyśmy na plaży.


O jak mi się chciało plaży... niesamowicie! Czysta radość. Ułożyłyśmy się na leżakach i okazało się, że są płatne 80.000 VND od usadzenia tyłka na leżaku? Nieee... Poszłyśmy na piach. Woda ciepła, pogoda dopisała. Marzenie :)


Dość szybko zachciało nam się jeść. Zdecydowałyśmy się na owoce morza (jak zawsze z resztą). Zamówiłam kraba, dostałam aż trzy. Wielkie i pyszne. Chyba najlepszy krab jakiego jadłam. Cudo! Marta miała krewetki, które też były bardzo smaczne.


Po solidnym najedzeniu się przyszedł czas na "pielgrzymkę". Ku mojemu zaskoczeniu droga wiodła przez krzaki i skałki. Żywej duszy po drodze nie było. Wydawało mi się to wielce dziwne, ale jak już doszłyśmy to okazało się, że z drugiej strony jest inna droga - wiedzie ona schodami i to tam właśnie kłębili się wszyscy turyści.


Spociłam się jak mysz po drodze, dawno nie zrobiłam takiego dystansu pieszo (chyba z 20 minut...) pod górkę w upale. Czułam się jakbym wcale nie wyschła po pływaniu. A pan strażnik Chrystusa nie chciał mnie wpuścić na górę (na Chrystusa można wejść!!), moja tunika była zbyt lubieżna. Na szczęście miałam w plecaku spodnie.


Widok z Jezuska był imponujący. Jednak strasznie dużo ludzi kłębiło się na górze i nie zostałyśmy zbyt długo. Na zdjęciu nie widać, ale na ramionach były dwa maleńkie tarasy widokowe. Niestety nasze zdjęcia selfie z góry były robione telefonem Marty, który przepadł na zawsze 2 dni później gdzieś w Da Lat.


Trochę jeszcze się pokąpałyśmy, pospacerowałyśmy po plaży i trzeba było myśleć o powrocie. I jak zawsze. Musiało zdarzyć się coś, co doprowadziło mnie do szału. W autobusie kierowca odpalił program muzyczny (może coś jak idol, sama nie wiem - dużo różnych ludzi śpiewało, czy też pojękiwało) bardzo głośno. Zawodzenie aż raniło uszy i po około godzinie drogi udałam się do kierowcy z google translate z prośbą by ściszył  te potępieńcze wycia. Zrobił to, ale niestety dalej było głośne. Na szczęście program, czy cokolwiek to było skończył się po jakimś czasie i udało nam się dotrzeć do Sajgonu bez popełnienia morderstwa po drodze.

8 komentarzy:

  1. Byłam tam, byłam tam! Też stałam na Jezusie!!! A na armatę się wspięłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo gdzie jest armata? Nie mogę skojarzyć!

      Usuń
  2. Oooo jaaaaa! Dzięki za przypomnienie jak super tam było!
    Ale selfie to ja muszę jeszcze poćwiczyć ;)
    Kornik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty jesteś selfie master w porównaniu do mnie!:)

      Usuń
  3. lubieżna tunika??? Jak mnie wnerwiają te rygory ciuchowe :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cóż zrobić, Strażnikowi Chrystusa nie podskoczę ;D

      Usuń
  4. Super są te Twoje wycieczki ! Na Jezuska wlazłabym pewnie tylko i wyłącznie dla tych widoków ! No i ta plaża-ehhh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, widoki były tego warte! szkoda, że telefon z większością zdjęć przepadł :(

      Usuń