wtorek, 25 października 2016

Amanoi & Nha Trang

Czas na chwilkę luksusu. Tym razem miałam dużo szczęścia. Naprawdę, więcej szczęścia, niż rozumu. W pracy poznałam GM najlepszego hotelu w Wietnamie. Oczywiście o tym nie wiedziałam, bo nazwa Aman Resort nie wiele mi mówiła. No i znajoma to zaprosiła mnie do swojego hotelu, a ja jak zwykle entuzjastycznie się zgodziłam, bo w końcu zobaczę nowe miejsce. Plaża, skały, owoce morza - wszystko cacy. Nie bardzo wiedziałam, czym tak nadmiernie ekscytują się moi współpracownicy. Zobaczyłam, jak dojechałam na miejsce.


Już po drodze było przepięknie, droga wiodła wybrzeżem (kontynuacja trasy z Phan Thiet, którą to się zachwycałam ostatnio). Ale jak dotarłyśmy na miejsce to nieco mnie zamurowało. Pierwszego dnia zobaczyłam tylko bramę wjazdową, najbliższe otoczeniu i... jedzenie. Bo było już ciemno i lało i po 7h w samochodzie sił też było brak. Siedziałam więc na tarasie sącząc winko i zajadając się curry z rybą (z restauracji hotelowej dowieźli nam jedzenie do domu). I było tak błogo cicho... Uwielbiam to, kiedy wyjeżdżam - odpocząć od hałasu i smogu. Na terenie hotelu (który jest wielki) nie mogą jeździć samochody ani motocykle. Tylko specjalne elektryczne autka, jak się podwózki trzeba dać znać obsłudze, lub zadzwonić. One prawie nie wydają dźwięku, więc jest naprawdę bajecznie spokojnie.


Następnego dnia z rana wybrałam się na plażę. Cała dla mnie, nikogo więcej. Trochę mnie skonfundowała obsługa próbująca mi dogodzić na każdym kroku. Nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby ktoś wkoło mnie latał i sama nie wiedziałam, jak się zachować. Zamówiłam mojito i zaległam na leżaku. Jak słońce wyszło zza chmur i rozświetliło wodę, była ona tak błękitna, jak na Koh Tao. Tym samym Vinh Hy przebiło moje ukochane tajskie plaże. Tak samo pięknie, ale byłam tam sama. Cicho, pięknie, święty spokój. Mogłoby być lepiej?


A pewnie, bo przyszedł czas na lunch. Nie mogłam się zdecydować, co chcę, więc zamówiłam zupę rybną i sałatkę. Mimo wyraźnej prośby "bez kolendry" w zupie pływały wielkie złogi tejże rośliny, więc biedny kelner dostał od mojej znajomej ochrzan. Mi aż głupio było i już byłam gotowa wyławiać zieleninę. Ale nie, po chwili dostałam wersję "nieskażoną". Po obżarciu się do granic przyzwoitości wzięłam kajak, by popływać dookoła zatoki. Tak było pięknie, wszechobecne skały robią niesamowite wrażenie. Chyba z 1.5h spędziłam wiosłując. Dopłynęłam aż do pobliskiej wioski rybackiej. Jak już wróciłam, nieco zmachana pan z obsługi hotelowej przewiózł mnie motorówką. Musiałam się mocno pilnować, żeby się nie drzeć, takie to szybkie.


Kolejny dzień spędziłam podobnie. Plaża, pływanie - cudo. Wybrałam się też do basenu położonego na górze hotelu (widok z pierwszego zdjęcia). Niestety zaczęło lać, więc większość czasu spędziłam pod parasolem, czekając aż minie. Zamówiłam drinka zawierającego bazylię. Po chwili kelner przybiegł i zawstydzony zapytał, czy bazylia w drinku mi nie przeszkadza. Zdziwiłam się nieco, ale widocznie każdy już wiedział o kolendrze z dnia poprzedniego. Zdarzyła się też rzecz niezwykła. Zamówiłam makaron z owocami morza. I tam były krewetki... obrane. Pierwszy raz odkąd mieszkam w Azji dostałam w potrawie obrane krewetki. Uwielbiam je, ale zdejmowanie pancerzyków, ukręcanie główek i ogonków nie jest mi miłe. Ucieszyłam się zatem niezmiernie.


Potem jeszcze załapałam się na masaż w SPA. Po masażach tajskich nie wyobrażałam sobie, że gdzieś może być lepiej. Było. Tylko cieszę, się, że miałam nie patrzeć na ceny, bo podejrzewam, że bym umarła. Wydaje mi się, że za jedną noc w tym miejscu cena wynosi więcej, niż ja przez całe życie wydałam na noclegi. Ale cóż, raz się żyje, dobrze czasem mieć znajomych :). 


Czwartego dnia musiałam wracać do domu, ale wcześniej postanowiłam zwiedzić Nha Trang. Chcieli zostawić mi na cały dzień kierowcę, który zawiózł mnie do miasta, ale czułabym się strasznie niezręcznie. Powiedziałam więc, że poradzę sobie sama. Szybko tego pożałowałam, bo nie znalazłam wypożyczalni skuterów, a taksiarze byli bardzo nachalni. Jak ktoś jest nachalny, to ja oddalam się zniechęcona i szukam dalej. Tak więc dużo czasu schodziło mi na łażeniu i szukaniu taksówki, z której kierowca by się do mnie nie wydzierał. Na szczęście jakoś dało radę.


Pierwszym moim przystankiem w Nha Trang były świątynie Cham. Bardzo tam było tłoczno. W końcu niedziela. Po raz kolejny powtórzyłam sobie, że muszę przypomnieć szefowi, że chcę weekendy w pracy, a wolne w tygodniu. Zdecydowanie lepiej zwiedza się w Wietnamie w środku tygodnia. Wtedy jest mała szansa na spotkanie dzikich tłumów w każdym możliwym miejscu.


Po obejrzeniu świątyń przyszedł czas na najważniejszy punkt programu - owoce można. Jak zawsze. Obżarłszy się do pełna ostryg i muli przyszedł czas wymyślić - co dalej. Chciałam do oceanarium, ale niestety w niedziele było zamknięte. Nha Trang słynie z kąpieli błotnych, więc pomyślałam - czemu nie? Wybrałam się do źródeł termalnych. Nie mam do nich szczęścia zwykle, nie miałam i tym razem. Balie z błotem były przepełnione, ja trafiłam do jednej z Ruskami. Bardzo głośnymi Ruskami, którzy już przez resztę czasu, kiedy wchodziłam do różnych basenów wlekli się za mną i wszystko komentowali w sposób niemiły. Albo może to było moje wrażenie? Nie rozumiem rosyjskiego, ale ton głosu i krzywe spojrzenia zrobiły swoje. Nie zabawiłam w błotku i w basenach termalnych zbyt długo, właśnie ze względu na irytujących Rusków.


Kolejnym i zarazem najbardziej trafionym miejscem do odwiedzenia była knajpa warząca własne piwo. Polecił mi ją znajomy, no a ja oczywiście nie mogłabym ominąć świeżutkiego piwka. Zmówiłam kilka różnych małych piw do spróbowania i ku mojemu zachwytowi dostałam też kolendrowe (tak, tak nie cierpię świeżej kolendry, ale kolendrowy browar to inna bajka). Smakowało, jak Żywiec Białe, więc to był kolejny zachwyt. Ale, ale! Co ujrzałam? Tych samych Rusków, co w ciepłych źródłach. Zajęli sobie stolik obok mnie. Przez chwilę poczułam się śledzona. Nie zostałam na szczęście długo w upierdliwym towarzystwie Rusków, bo zbliżał się już czas, kiedy musiałam jechać na lotnisko. Tylko wciąż się zastanawiam - przypadek, czy... śledzie?

2 komentarze: