sobota, 15 października 2016

Cat Tien - w krainie pijawek

Cat Tien - przepiękny park narodowy w południowym Wietnamie. Niemal 740 km² dżungli. Jak dla mnie zachęcające. I znów, zapytałam szefa, jak tam jest. Kazał mi uważać na pijawki. Pijawki? Pfff. Nie zamierzałam włazić do rzeki, czy innego bagna. Więc kto by się przejmował pijawkami? Akurat zdarzyło się, że Marta, która świeżo opuściła Sajgon przysłała mi w odwiedziny argentyńskiego kolegę poznanego w Kambodży. On chciał wybrać się na wycieczkę i padło właśnie na Cat Tien.


Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę złorzeczyć na ten pomysł - zdecydowaliśmy się na lokalny autobus. Złapałam kapcia kilka dni wcześniej i nie miałam czasu zmienić koła, było tylko prowizorycznie załatane. Transport własny nie wchodził zatem w grę, dość mi już flaków na drodze hen daleko. Gdybym wiedziała, że kierowca autobusu będzie niczym oszalały uderzał w klakson co minutę, czy dwie, to bym to koło zmieniła i w nocy. Do tego pomimo klimy ludzie pootwierali okna i cały smog Sajgonu znalazł się w środku autobusu. Dziwnym trafem nie potrzebowali maseczek, a gdyby tylko wyszli na zewnątrz przyodzianie ich byłoby pierwszą wykonaną czynnością. I wisienka na torcie. Palenie petów w autobusie. Skiepować przez okno? Czemu nie. Przypomniałam sobie, że kiedy byłam na studiach miałam sen o autobusach, w których ludzie jarają sobie. Sen we Wrocławiu okazał się rzeczywistością w Sajgonie.


Po 4.5 godzinach tłumieniu w sobie krwiożerczych żądz dotarliśmy na miejsce. A raczej w środek niczego. Autobus zostawił nas na drodze, gdzie nie mogliśmy dopatrzyć się ani śladu hotelu. Spostrzegłam zakamuflowany znak! Bez przekonania powlekliśmy się skonsternowani nieoświetloną drogą. I raz przeczucie mnie nie myliło. Znaleźliśmy nasz nocleg. Wszelkie złe uczucia odeszły, jak ręką odjął. Bambusowe domki, w których przyszło nam spać były przeurocze. W dodatku czyste powietrze, całkowita ciemność, bez świateł miasta, dźwięki małp ganiających gdzieś w krzakach i świerszczy (mam nadzieję, że to były świerszcze) - jeszcze lepiej! Poczułam się, jakbym nigdy nie wyjechała z Sangkhlaburi.


Po spędzeniu nocy w bambusowej chatce (spało mi się nadzwyczaj dobrze) przyszła pora na eksplorację parku narodowego. Przeprawa łódką na drugą stronę rzeki i już byliśmy w dżungli. Na początek trafiliśmy do drzew gigantów. Równie imponujące, jak te, które widziałam w Tajlandii kilka miesięcy wcześniej. Najwspanialszy i tak był dla mnie święty spokój panujący w tym miejscu.


Odbyliśmy całkiem długi spacer (tu podziw wielki dla Martina, gdyż miał nogę w stabilizatorze, szedł dzielnie i nie narzekał) obserwując piękne rośliny, różne zwierzęta - kilkukrotnie napotykaliśmy małpy. Hitem dla mnie były motyle. Motyle gównojady. Gdzie fekalia - tam motyle. Niby bardziej urocze niż muchy, ale... jak zachwycać się pięknym motylem, kiedy siedzi on na kupie kału?


No i oczywiście, czego nie mogło zabraknąć? Ano pijawek. Szef ostrzegał, ja wytrzeszczałam oczy. Pijawki znane nam żyją sobie w wodzie. Tutaj w wodzie żyją "buffalo leech". Ponoć wielkie, jak ręka. Nie wiem, nie widziałam, cieszę się z tego powodu. A takie klasyczne, małe pijaweczki pełzają sobie po glebie i czyhają na ofiarę. Wielce zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam jedną przyczepioną do moich spodni. Cieniutka, jak niteczka. Kiedy mój kompan narzekał, że utknęło mu coś w bucie, zażartowałam, że to pewnie pijawka. Miałam rację. Była to nieźle najedzona pijawka. Niedługo później trafiła się i mnie. Nie mam pojęcia, jak skubanej się udało, bo wepchnęłam sobie spodnie w dwie pary skarpet.

krwią opita pijawka

Dnia drugiego mój towarzysz nalegał, by wypożyczyć rowery, bo ciężko mu się chodzi. Nie było mi to w smak i gdyby nie jego usztywniona noga, to bym się upierała przy wycieczce pieszej (skutery na terenie parku narodowego są zakazane). Klnąc pod nosem zgodziłam się i dostaliśmy dwa cherlawe składaki. Mój zgrzytał i popiskiwał tak, jakby miał się za chwilę rozpaść. Już na samym początku miałam złe przeczucia, kiedy zobaczyłam, że do przejechania tego dnia mamy 32 kilometry.


Co do jakości roweru nie myliłam się. Kiedy zjechaliśmy z eleganckiej drogi na kamienie i błoto zaczął się prawdziwy bój o przetrwanie. Tyłek kwiczał z nienawiści do mnie i roweru. Ale uparłam się, że dam radę i choćby skały srały dojadę do 700-letniego fikusa. Po drodze już byłam pewna, że jesteśmy na miejscu (wypatrzyłam znak po wietnamsku i pewna byłam, że to tam). Weszliśmy w dżunglę... i ups. Jednak nie. Droga do przodu była, ale powrotna już nie bardzo. Na szczęście po krótkiej chwili grozy dojrzałam kolorowe kropki na drzewach, które prowadziły do głównej ścieżki. Ku mojej rozpaczy - znów trzeba było wsiąść na rower i pedałować do przodu.


Już prawie u celu natrafiliśmy na smutny akcent w parku Cat Tien. Podczas wojny w południowym Wietnamie rozpylany był Agent Orange (mieszanka herbicydów zanieczyszczona dioxynami). W miejscu gdzie Agent Orange znalazł się w Cat Tien las już nie odrósł. W środku pięknej dżungli znajduje się pole jedynie z trawą i nielicznymi bambusami.


Całe szczęście działanie defoliantów nie dosięgnęło pięknego drzewa znajdującego się niedaleko pola trawy. Dość długo spędziliśmy na podziwianiu tego cudu natury, w między czasie rozpadał się deszcz. W gąszczu udało się go przeczekać bez większego zmoknięcia. 


Przyjemnie byłoby na tym zakończyć historię, ale trzeba było jeszcze wrócić. Miałam już zdecydowanie dość jednośladu, a jeszcze chciałam odwiedzić jezioro po drodze. Niestety bardzo szybko dało o sobie znać dawno naderwane ścięgno pod kolanem (właśnie na rowerze to zrobiłam). I wracałam już naprawdę srogo klnąc, bo bolało jak jasny pieron. Spocona jak mysz i obolała dotarłam do bambusowego hotelu. W przeciwieństwie do kolegi, który zostawał na jeszcze jedną noc musiałam się pospieszyć. Szykując się na szybki prysznic i wyprawę na autobus nie myślałam, że szczęście się do mnie uśmiechnie. Obsługa hotelu jechała do Sajgonu i zaoferowali mi transport samochodem pod sam dom jedynie za cenę, którą zapłaciłabym za autobus. Także na koniec rozchmurzyłam się. Wyprawa do siedliska pijawek i motyli-gównojadów zaliczona została do udanych.


6 komentarzy:

  1. Jaaaaa !
    Alez piekne zdjecie malpki !

    Czy moge pozwolic sobie na zacytowanie tego fragmentu o Agent Orange i pokazanie Twojego zdjecia (jako komentarz do zbrodniczej dzialanosci Monsanto?)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.

      Nie ma sprawy. Chętnie zobaczę jak już Twój wpis będzie gotowy.

      Usuń
  2. piękne miejsce! I straszna historia. :( Mam nadzieję, że Twoja noga ma się już lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolano po dwóch dniach było ok, także nic strasznego się nie stało tym razem :)

      Usuń
  3. Przyjemnie piszesz. A trafiłam tu ze względu na fragment o lesie, który już nie odrósł (cytowany tu przez autorkę poprzedniego komentarza zapewne : http://inspiringbeing.blogspot.com/2016/04/poznaj-imie-wroga-monsanto.html )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Chętnie zapoznam się z postem. Zaraz poczytam.

      Usuń