czwartek, 13 października 2016

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w moim kraju - odsłona druga.

Dokładnie rok temu napisałam post do projektu Klubu Polki Na Obczyźnie - "Rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić w moim kraju". Czas na odgrzany kotlet.
Kiedy pisałam o Tajlandii był to dopiero początek mojego czwartego miesiąca w tym kraju. Teraz na Azję patrzę trochę inaczej. Do części dziwności przyzwyczaiłam się, inne rzeczy dziwią mnie dalej tak samo. A i Wietnam jest nieco inny niż Tajlandia. Zobaczmy zatem co się zmieniło.


Zacznę od rzeczy, które wspominałam rok temu:


Ludzie
W Tajlandii szokował mnie wszechobecny uśmiech, uczynności i uczucie, jakby wszyscy byli moją rodziną. Wietnam sprowadził mnie na ziemię. O ile Tajlandia obudziła we mnie niesamowitą wiarę w ludzi, to tutaj jest... po prostu normalnie. Tajowie byli pomocni przy nauce języka, cieszyli się z każdego słowa. Tutaj produkuję się i produkuję i nic. Zła wymowa - nikt nie zrozumie. Więc po prostu się poddałam. Żeby nie porównywać cały czas do Tajów, powiem tylko, że Wietnamczycy są w porządku! No może poza momentami kiedy wyjeżdżają na drogę, ale o tym później.

Zwierzęta
Przyzwyczaiłam się. Już mnie nie dziwią przeróżne stworzonka. No dobra, jak odwiedzałam świątynie My Son i dużemu białemu wężowi zdarzyło się spaść z dachu około metr przede mnie to się zdziwiłam. A dzisiaj odwiedził mnie przy śniadaniu taki gość. 


Są również gekony, duże i małe, chociaż w Sajgonie zdecydowanie mniej ich, niż w tajskiej dżungli. Kimchi został przyłapany na pożeraniu małego gekona całkiem niedawno. Na plus wypada robactwo. W porównaniu do dżungli to prawie tu tego paskudztwa nie ma. Karaluchy widuję okazjonalnie. Skorpiona jeszcze nie widziałam. Pająki są, ale mniej i mniej straszne. Niestety jest więcej paskudnych, gryzących stonóg. Da się jakoś z tym żyć, ale i tak się boję robactwa, tego już chyba nic nie zmieni.

Ruch drogowy
Po Tajlandii myślałam, że gorzej nie będzie. I koniec końców w miarę przywykłam do lewostronnego ruchu drogowego i do szalonych "praw ulicy". I wtedy zjawiłam się w Sajgonie. I tu dopiero zaczął się prawdziwy sajgon. Wszystko, wszędzie, w każdą stronę, jeden przez drugiego, kakofonia klaksonów... Wieczne korki i ludzie próbujący na upartego w tych korkach wyprzedzać. Trąbią, chociaż i tak wszyscy stoją. Do tego wszystkiego nie przywyknę. Radzę sobie. I to na tyle. Jak wyjeżdżam na wycieczki i naglę znajdę się gdzieś w odludnym miejscu, na pięknej drodze przypominam sobie, że uwielbiam jeździć. Do czasu aż zjawi się jakiś wariat. Oni są wszędzie, tylko w HCMC w większej koncentracji.

Poczucie czasu
I organizacja, czy też raczej jej brak. Przywykłam do wiecznego spóźniania się, do tego, że nic nie działa tak jak powinno i kiedy powinno, że trzeba po prostu z tym żyć. I jest mi z tym dobrze. Po prostu się wyluzowałam.

Chilli
W tym aspekcie wszystko się zmieniło. Nie tylko się przyzwyczaiłam, a pokochałam! Teraz sama chilli i wasabi dodaję do wszystkiego co się da. Zrozumiałam Tajów zupełnie - nie ma chilli w potrawie - wieje nudą. No i wietnamska kuchnia nie jest tak ostra, jak tajska, więc specjalnie proszę o zrobienie specjalnie pikantnego. Czasem jak coś zrobię i próbuję nakarmić znajomych, to płaczą, tak ja przed rokiem w Tajlandii.


To tyle z rzeczy starych, co nowego pojawiło się na liście?


Smog
I wszechobecny brud. Smog w Sajgonie da się kroić nożem. Kiedy tu przyjechałam i zobaczyłam ludzi jeżdżących na skuterkach w maseczkach na twarzy, to pukałam się w czoło. Do pierwszego ataku kaszlu. Teraz już grzecznie noszę maseczkę. Bo smog jest wszędzie. Gryzie w oczy. Osiada na skórze, na ubraniach. Nawet kilometry dalej od Ho Chi Minh - ON TAM JEST. Dopiero daleko, daleko, w mniejszych miejscowościach mogę od niego odpocząć.

Hałas
To niestety, tak jak i smog wada mieszkania w dużym mieście. Nigdy nie jest cicho. Czasem mam wrażenie, że mój dom jest nawiedzony, a to po prostu odgłosy z zewnątrz. Na zewnątrz jest już w ogóle niewyobrażalnie głośno. Ale uciekam od metropolii w różne miejsca (obiecałam sobie - co najmniej raz w miesiącu) i wtedy cieszę się ciszą.
I jak już jestem przy dźwiękach. Jedzenie. Tu przy jedzeniu się mlaska.

Kolendra
Uwielbiam suszoną i dałabym się pokroić za piwo kolendrowe, ale świeżej po prostu nie mogę. Fuj. A tu dodają ją do wszystkiego. W ogromnej ilości. I to aż dwa gatunki. To zabija smak wszystkiego i powoduje gęsią skórkę. Jak przychodzę do restauracji pokazuję zanotowane po wietnamsku - "bez kolendry". Czasem niestety nie działa i dużej, niż na jedzeniu spędzam czas na wyławianiu kolendry z zupy.

***

Na koniec tylko dodam - Wietnam to mój dom, jestem tu szczęśliwa i wszystko, o czym piszę dziś - to takie codzienne pierdoły. Warto na nie zwrócić uwagę, ale snu z powiek mi nie spędzają (no, może z wyjątkiem hałasu w nocy;).

8 komentarzy:

  1. Najważniejsze, że potrafisz się zadomowić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Smog :/ cos strasznego... nie wyobrazam sobie zycia, ze smogiem w tle. Zyje w kraju w ktorym powietrze to najwieksza zaleta i ciezko mi wyobrazic sobie zyciem w smogu. Powietrze tutaj jest tak orzezwiajace ze az chce sie oddychac pelna piersia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. takie malutkie ukłucie zazdrości poczułam ...;)

      Usuń
  3. Chilli i kolendra - zupełnie jak w kuchni Tex-Mex. Własciwie też wszechobecne. Do tego guacamole, ale tego to nie lubię. Jak dla mnie zupełnie bez smaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ja kocham guacamole :) wszystko z avocado kocham. guacamole z chilli - mniam!

      Usuń
  4. nie zazdroszczę Ci tych robali...fuj :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo... pasudztwo a tu i tak już z tym dużo lepiej, niż w tajskiej dżungli.

      Usuń