poniedziałek, 31 października 2016

Halloween w Sangkhlaburi

Nigdy wcześniej nie obchodziłam Halloween. Kiedy byłam dzieciakiem nie było to specjalnie popularne święto, ani też nie przepadałam za zabawami. Imprezy przebierane za czasów studenckich też nigdy nie były czymś, co mnie bawiło. Ale kiedy Mit zorganizował imprezę halloweenową w studiu tatuażu wiedziałam, że się tam zjawię. Żona Mita jest Angielką, więc podejrzewam, że częściowo chcieli zaangażować swoje dzieciaki w przebieranie i przygotowania, a częściowo po prostu zrobić bibkę.


Kilka dni wcześniej wraz z kolegą z roboty - Samem zaczęliśmy się zastanawiać nad przebraniami.  Bo jak tu znaleźć przebranie na tajskiej wsi? Zdecydowaliśmy, że zrobimy z siebie zombie, bo najłatwiej będzie to zorganizować. Nabyliśmy koszulki po 20 BHT (2 zł) do poszarpania i zestaw równie tanich szminek, aby się nimi pomalować. Niestety szminki nie spełniły swojej roli, kolory były strasznie wyblakłe, a po chwili na skórze wszystkie wyglądały, jak majtkowy róż, niezależnie, czy był to biały, czerwony, czy zielony. Na naprędce kupiliśmy zwykłe farby (cud, że były na wsi, ale w chińskim sklepie - siedlisku chaosu można było znaleźć wszystko, czego człowiek by się nie spodziewał znaleźć). Pomalowaliśmy się nawzajem, poszarpaliśmy ciuchy i byliśmy gotowi na imprezę. 


Idąc przez wieś w tych strojach wzbudziliśmy niemały szał wśród mieszkańców. Tajowie nie obchodzą Halloween, więc pewnie zastanawiali się, co te dziwne falangi (falang - obcokrajowiec po tajsku) znowu wyprawiają. Wielkie było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce i nikt, oprócz nas i jednej koleżanki nie był przebrany. Były dekoracje i to na tyle. 


Dzieciaki były zachwycone naszymi facjatami i bardzo chciały, żeby je też pomalować. Padło na mnie - ja ani do dzieci, ani do rysowania się nie nadaję. No, ale cóż, trzeba było spróbować. Chciałam dobrze, wyszło jak zwykle. Pomalowałam dziewuszkę na swoje podobieństwo, żeby wyglądała jak zombie. Wyglądała na zadowoloną, do czasu, aż nie zobaczyła się w lustrze. Przeraziła się, popłynęły łzy i mama musiała umyć jej twarz. Kolejne dzieciwko przezornie poprosiło o motylka, kwiatka i serduszko. Zdemotywowana poprzednim niepowodzeniem chciałam opchnąć szminkę, konturówkę do malowania Mitowi, który jako że jest tatuatorem to rysować potrafi, ale nie chciał. Druga próba na szczęścia zakończyła się sukcesem.


Najciekawszą częścią imprezy (która prócz dekoracji nie różniła się niczym od innych imprez w studiu, w sumie sama nie wiem czym jeszcze mogłaby się różnić, poza oczekiwaniem, że ludzie się przebiorą) było oczywiście żarcie. Nigdy wcześniej nie miałam okazji spróbowania robactwa. A tutaj taki straszny akcent - smażone na głębokim oleju świerszcze, koniki polne i larwy jedwabników. Przez chwilę się zastanawiałam, czy naprawdę chcę to jeść. Myślałam sobie - mogę jeść wszystko poza robactwem i czymś, co jeszcze żyje. Teraz nie jem tylko tego, co żyje. Po pierwszej niepewności dotarło do mnie, że to jest przepyszne. Zaczęłam się obżerać. Robactwo smakuje jak... chipsy! Nie żartuję. Najbardziej przypadły mi do gustu świerszcze.
Tego nauczyło mnie tajskie Halloween - jedzenia tych brzydaków. Dzisiaj nie szykuje się żadna impreza (choć samo święto zdaje się być bardziej popularne, niż w Tajlandii). Na pewno za to poszukam w mieście smażonych robactw do przekąszenia.

2 komentarze:

  1. :D Faktycznie! Aż dziw, że nigdy na to nie wpadłam! Iście helołinowa przekąska! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rozumiem, że też lecisz po robactwo na kolację dziś?:)

      Usuń