czwartek, 27 października 2016

Hoi An

Przyleciałam do Hoi An, mając w perspektywie 4 dni wolnego i co? Ano deszcz. Ulewa. I to taka, że jak wysiadałam pod moim pensjonatem z samochodu, to wody było po kolana. Nie mogłoby być inaczej, jak ja wybieram się na zwiedzanie. Na szczęście skala opadów do pięt nie dorasta tej z Sajgonu i jak po 2 czy 3 godzinach lać przestało, to mogłam wybrać się do miasta. Hoi An należy do światowego dziedzictwa UNESCO, w centrum niedozwolony jest ruch samochodów i motocykli. Zdecydowałam się więc na spacer, nie widziałam sensu wypożyczania czegokolwiek, jak i tak za chwilę będę musiała szukać parkingu.


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to sklepy. Mnóstwo sklepów. Zaopatrzyłam się radośnie w trzy pary spodni alladynek. Do tego pełno krawców i szewców. Wręcz wciągają do swoich przybytków, aby tylko coś człowiekowi opchnąć. Szewc akurat mi się przydał, bo w Wietnamie próby kupienia butów innych, niż japonki na moje wielkie giry zwykle spełzają na niczym. Zamówiłam więc sandały według własnego pomysłu. Ale ostro musiałam się targować. Nie tylko o sandały. O wszystko. 


Nigdy wcześniej nie umiałam się targować, ale właśnie Hoi An mnie tego nauczyło. Białasowi wszystko próbuje się tam wcisnąć za wielokrotnie zawyżone ceny. A na nieszczęście lokalnych sprzedawców mam rozeznanie w przeciętnych kosztach wietnamskich. Nie zapłacę na przykład za parking 100.000 VND (20zł), kiedy normalnie płaci się 1.000-2.000VND (20-50gr).  Widziałam wieli turystów, którzy poirytowani próbami naciągania zwyczajnie odchodzili ze stoisk.


Poza tym drobnym mankamentem moje pierwsze wrażenie było pozytywne. Wiele miejsc do odwiedzenia: japoński most na zdjęciu, świątynie, stare domy, muzea. Dobrą chwilę zeszło mi na szukaniu biletu, gdyż nie można zapłacić za wstęp bezpośrednio w odwiedzanych miejscach. Musiałam znaleźć informację turystyczną i tam nabyć bilet wielokrotnego wstępu. Jak już się go ma można odwiedzić większość dostępnych do zwiedzania miejsc bez dodatkowych opłat.


Najlepiej jednak jest po zmroku. Budynki na starówce w Hoi An udekorowane są lampionami. Gdy tylko robi się ciemno ciasne uliczki zostają rozświetlone latarenkami w przeróżnych kolorach. Klimat tego miejsca staje się niesamowity. Magiczny. Kolejne wieczory mojego pobytu w Hoi An spędzałam właśnie na starym mieście. Siadając w restauracji i obserwując. Skusiłam się też na rejs łódką po rzece. Było bajecznie.


Nie byłabym sobą, gdybym nie zwiedziła także okolicy. Dnia drugiego wynajęłam skuterzynkę o bardzo małej pojemności baku na paliwo, co poskutkowało tym, że musiałam co chwilę zatrzymywać się na tankowanie. Jako pierwszą zdecydowałam się odwiedzić "Water Coconut Village". Ani tam wsi, ani kokosów. Pola ryżowe  i woda. I cmentarz zaraz obok pól ryżowych.


Zaparkowałam swój motorek na cmentarzu i wybrałam się na rekonesans. Pierwsze co - natknęłam się na wycieczkę rowerową. Ludzie pedałowali całkiem żwawo. Pomyślałam sobie, że ja bym chyba umarła na ich miejscu, w tym upale. Zwłaszcza po wspomnieniach z rozklekotanym rowerem z Cat Tien. Oni jednak wyglądali na zadowolonych. Białasy z werwą!


Następnie pojechałam na plażę. Nieco zgubiłam się po drodze, bo zaabsorbowana rowerzystami nie popatrzyłam na mapę i pojechałam w przeciwną stronę. Aż dziwne, że tylko raz. Jak na mnie to niezły wynik. Z kąpania się zrezygnowałam, bo niebo zaczęło się robić niepokojąco szare. Deszcz tylko czyhał, żeby mnie przyłapać, jak tylko zanurzę tyłek w wodzie. Przekąsiłam więc kluchy, specjalny przysmak z Hoi An, którego polecił mi spróbować kolega stąd pochodzący i ruszyłam w dalszą drogę.


Troszkę się zapędziłam, bo dojechałam aż do Marble Mountains, czego w planach nie było na ten dzień. Było jednak warto, bo miejsce to zdecydowanie mi się spodobało i spędziłam tam parę ładnych godzin. W drodze powrotnej wybrałam się do muzeum wietnamskiej ceramiki, również poleconego mi przez kolegę. Trochę spanikowałam, że zabraknie mi paliwa, bo jechałam tam przez dróżki, gdzie nawet żywej duszy nie widziałam. Wertepy i krzaki. Błoto i gruz. Na szczęście ukazała mi się jedna samotna stacja benzynowa, która mnie ocaliła przez pchaniem motorka przez kilka ładnych kilometrów.


I to tyle, jeśli chodzi o Hoi An. Miasto piękne, jedno z piękniejszych, które odwiedziłam w życiu. Wkrótce napiszę jeszcze o Marble Mountains, świątyni My Son i Da Nang, które tez miałam okazję zwiedzić podczas tych czterech dni.


***

>>Uczestniczę w konkursie "Emigrantki własnym głosem" organizowanym przez  Muzeum Emigracji w Gdyni na najciekawszy blog pisany przez polską emigrantkę.<< 

9 komentarzy:

  1. Ja też chcę jechać! Może kiedyś się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. taaak, jedno z najpiękniejszych miast jakie odwiedziłam!

      Usuń
  3. Urocze miejsce, napewno warte odwiedzin��

    OdpowiedzUsuń
  4. renifernarmigracji19 maja 2017 03:33

    Urocze miejsce, napewno warte odwiedzin��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) zdecydowanie warto je odwiedzić :)

      Usuń