niedziela, 2 października 2016

Idzie dysc, idzie dysc...

Post dla wszystkich, którzy zazdrośnie wzdychają, że cały rok opalam się w tropikach. Otóż nie. Pora monsunowa potrafi nieźle dać po tyłku. Myślałam, że po naprawieniu ciągłych przecieków do mojej sypialni i wielkiej kałuży na podłodze nic gorszego się nie zdarzy. Ale zdarzyło się...


W Tajlandii pora deszczowa nie była zbyt traumatyczna. Poza bliskim spotkaniem z dengowymi komarami. A na pochybel im wszystkim tu i teraz! Niebo wiecznie za chmurami, często lało. Jak jeździłam do Kanchanaburi, to czasem było w moim mniemaniu dość sporo do wody - do pół łydki pod hotelem, ale jak lać przestawało, to wszystko spływało.


W Sajgonie, jak się okazuje jest inaczej. O kanalizacji to tu chyba słyszy się tylko z bajek. Jakiekolwiek inicjatywy rządu przeciwdziałające zalaniom? Zapomnijcie. Tak więc po raz pierwszy wróciłam z przemiłego lunchu ze znajomym. I zaczęło się. Siekło dobre parę godzin, woda na mojej ulicy po kolana. Musiałam się wydostać na kolację. Przejazd przez newralgiczny moment zajmuje 30 sekund. Spacer z 3 minuty. Przeprawa w deszczu 20 minut. No, ale! Doszłam. Pierwsze zdjęcie obrazuje sytuację z tamtego dnia.


Po tym incydencie zapanował spokój. Padało codziennie, ale nie jakoś tragicznie. Aż nagle - zaczęło się. Wracając z Hoi An lądowałam w Sajgonie w burzy. A potem lało, lało i lało. Następnego dnia pracowałam w centrum Sajgonu i zaraz po robocie miałam odebrać mojego syneczka od kolegi, który zajmował się nim pod moją nieobecność. Ulewa sroga. Kolega zalecił taxi. Koleżanka z pracy w dzielnicy, gdzie mieści się główna filia mojej firmy i mój dom powiedziała - nie wracaj dzisiaj, śpij w centrum. Gówno prawda - pomyślałam. Tu nikt nie umie jeździć, co mi tam burza. Postanowiłam zawieźć motór do domu i pojechać po kota taksówką, żeby nie zmókł.


Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam jak przedstawia się sytuacja. Ulice zatkane, wszędzie armia i policja, woda płynie drogami, niczym rzeka. Ale jakie człowiek ma wyjście jak już się w tym wszystkim znajdzie? Żadne. Zawzięcie toczyłam się w stronę swojego mieszkania. Dla żartu powiedziałam koledze - opiekunowi Kimchi, że jeśli nie odezwę się przez godzinę - znaczy, że utonęłam po drodze. Dojazd, który normalnie trwa 15 minut (w korku, w godzinach szczytu ze 30) zajął jednak grubo ponad godzinę. Do domu dotrzeć się nie udało. Ulica dojazdowa jest najniższym punktem dzielnicy (i chyba Sajgonu) i cała woda tam gromadzi się. Motor i tak umarł z 500metrów od pracy i tam go popchałam w wodzie po zad ze srogimi falami. Na szczęście silnik przeżył, zalało tylko świece.


Kimchi wrócił do mnie dzień później, jak woda opadła trochę przyjechał do mnie do pracy. Ale jak dotrzeć do domu? Nawet suv-taxi by nie przejechał. Dałoby się tylko płynąc przez rzekę uliczną. Więc co? Noc w pracy. Ja, koleżanka w podobnej sytuacji i kot. Kot był jedynym szczęśliwym uczestnikiem akcji - noc na ziemi w biurze. Intensywnie brał, jak widać udział w przygotowywaniu posłania z ręczników.


Jak już się udało dotrzeć do domu (woda do kolan) zobaczyłam te oto brzydulki. Moja chałupa jest jednym z najwyższych punktów w okolicy (i chwała jej za to, sąsiedzi wylewali wodę z domów garnkami) i widocznie postanowiły się u mnie schronić. 2 kociaki i mama. Niestety do tej pory nie dają się dotknąć, jak tylko podchodzę bliżej uciekają, ale codziennie przychodzą na jedzenie. Może to braciszki lub siostrzyczki dla Kimchi? :)

video

Wszystkie zdjęcia zrobione w czasie, kiedy dało się przejść/przejechać tymi drogami. Naprawdę było dużo gorzej.

2 komentarze:

  1. Teraz już chyba nikt nie palnie tekstem, że prażysz się tropikach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, zawsze może być, że się bez przerwy pluskam radośnie w ciepłej wodzie :D

      Usuń