wtorek, 18 października 2016

Phan Thiet

U mnie z wyjazdami chyba nigdy nie może być zbyt prosto. Wycieczka do Phan Thiet była zaplanowana sporo przed wyjazdem. Jako, że jechałam z moją wietnamską koleżanką  (którą o dziwo poznałam w Polsce, potem spotkałam w Finlandii, a koniec końców, kiedy ona wróciła do Wietnamu ja przeprowadziłam się do jej rodzinnego miasta - świat bywa taki mały!) to wszystko było zawczasu zarezerwowane i zapłacone. A ja dwa dni przed dostałam zapalenia migdałków. I to takiego wstrętnego, z ropą. Wszystko dopięte na ostatni guzik, więc odwołać się nie dało. Pojechałam więc. Z całym workiem leków.


Koleżanka spóźniła się i trochę spanikowałam, ale na szczęście transport bez nas nie odjechał. Po drodze byłam mocno marudna, bo musiałam wstać przed 6 rano, a dla mnie to środek nocy, zwłaszcza w dzień wolny. Jak dotarłyśmy na miejsce przeszło mi momentalnie. Hotel wyglądał ślicznie, taki styl śródziemnomorski. Do tego na dzień dobry hot pot (zawsze tłumaczę sobie to na "gorący garnczek" i mnie to bawi) z rybą na lunch i zrobiło mi się lepiej. Postanowiłyśmy wybrać się do świątyń Poshanu Cham. Niestety złapał nas tam deszcz. Może i dobrze się stało, bo był to weekend, a weekend = tłumy. Ulewa tłumy wykurzyła, więc jak przeszło mogłyśmy na spokojnie oglądać wszystko same. Zawsze jestem szczęśliwa zwiedzając świątynie w Azji. Dobrze się tam czuję. Tak jakbym tam... pasowała. W Phan Thiet zobaczyłam pierwszą świątynię Cham (niedługo napiszę więcej o innych - w Nha Trang i My Son).


Dużym rozczarowaniem była niestety plaża. A głównie dla plaży przyjechałyśmy. Mnóstwo śmieci wszędzie. I betonowe kloce wkopane w piach, nie wiadomo w jakim celu. Bolało strasznie, jak próbowałyśmy przejść. Pływanie z tego względu odpadało z listy atrakcji, szukałyśmy zatem muszelek, jakby cofnąć się 20 lat do tyłu. Większość poleciała z powrotem do wody, ale kilka ze sobą przywiozłam. No i oczywiście nie mogłabym pominąć jedzenia (które z powodzeniem zastąpiło pływanie). Owoce morza, to jak zawsze pyszności. Krab w piwie - niebo w gębie. Dodatkowo spróbowałam szaszłyków z krokodyla. Bardzo smaczne. Wąż już mi się nie zmieścił.


Dnia drugiego zdecydowałyśmy się na dalszą wycieczkę, na góry piaskowe (wycieczka trwała tylko dwa dni z racji na pracę koleżanki, zaraz po obejrzeniu gór piaskowych i obżarciu się owocami morza po raz kolejny musiałyśmy wracać do HCMC). I znów, przypomniałam sobie, jak bardzo lubię zwiedzać świat na dwóch kołach. Pusta droga, z jednej strony plaża, z drugiej strony bezbrzeżny piach. Chyba niewiele patrzyłam przed siebie, głowa mi się chciała na boki ukręcić, tak było pięknie. O, jak ja żałuję, że nie mam GoPro. Musi znaleźć się na mojej liście najbliższych zakupów. W każdym razie, znów - moje szczęście. Nie obyło się bez problemów. Białas na moto = w oczach policji łatwa łapóweczka do zgarnięcia. Gdybym była sama nie ma problemu. Albo przejeżdżam i się nie zatrzymuję (nic się wtedy nie dzieje!), albo gadam po polsku i święty spokój. Niestety moja wietnamska koleżanka wkroczyła do akcji. Czepianie było o wszystko. Co ja tu robię, że mam niedobre prawo jazdy (nie dałam zabrać, tylko pokazałam na odległość - jak wezmą w łapę, to bez kasy nie oddadzą) i sama nie wiem, co jeszcze powiedział tylko po wietnamsku do mojej koleżanki, która stwierdziła, że po prostu szukał powodu, by zgarnąć nieco kasy. Nie udało się. Odjechałam mocno wkurwiona, ale nie biedniejsza. Wietnamska policja niestety niewiele ma wspólnego z wymiarem sprawiedliwości.


Już na miejscu było cudownie. Czułam się, jak na pustyni. Ciężko było pójść daleko, bo nogi zapadały się w piach i to niemiłosiernie parzyło. Mimo wielkich chęci nie udało mi się wejść na żadną z gór piaskowych. Może bym weszła, gdybym miała kalosze po szyję, a nie japonki. Albo gdybyśmy przyjechały nad ranem i piach nie byłby tak gorący. Tak, czy inaczej - miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Strasznie żałuję swojego fajtłapstwa - oczywiście nie zabrałam aparatu, bo pakowałam się na ostatnią chwilę przed samym wyjazdem (a godzina 5 rano nie sprzyja myśleniu w moim przypadku). No, ale! Zrobienie porządnych zdjęć to dobry powód by w tamte okolice wrócić.:)

2 komentarze: