piątek, 18 listopada 2016

Can Gio - Monkey Island

Już od pewnego czasu wybierałam się do Can Gio - najzieleńszej części Sajgonu, znajdującej się około 60km od mojego miejsca zamieszkania (Sajgon jet ogromny, na Google Maps pokazało mi 124km długości!). Nadszedł ten dzień i wraz z kolegą z pracy postanowiliśmy sobie zrobić moto-wycieczkę. Jako, że ja mam koło do wymiany (znowu),  to wybór wydawał nam się prosty (co, jak później się okazało nie oznaczało, że trafny). Kolega zdecydował się prowadzić przez pierwszą część drogi, bo rzekomo wiedział którędy. Otóż nie. Zostałam nawigatorem, po raz kolejny chwała Google Maps. Dostaliśmy się jednak na prom bez większych problemów. I prom był prawdziwą atrakcją. Jeszcze nie jechałam promem, na którym wjeżdża się motórem i to jeszcze na nim się siedzi całą drogę. Kosztowało to 5.500 VND (czyli... złotówkę!) za dwie osoby i motocykl. Aż mi się oczy zrobiły skośne z wrażenia, co można zaobserwować na zdjęciu.


Po przeprawie promowej wydostaliśmy się spod panowania wszechogarniającego smogu i można było zdjąć maseczki i odetchnąć pełną piersią. Przerwa na kawkę i kolejne 40 kilometrów do strefy wojennej minęłoby przepięknie, jako, że właśnie zaczął się las namorzynowy po obu stronach drogi, ale... droga była dziurawa. I to bardzo dziurawa. Jak trasa przez dżunglę z Sangkhlaburi, jednakże te dziury z Sangkhla doskonale znałam. A tu, co rusz - jeb, pizd, łuuup! Na szczęście nic (i nikt) się nie rozwaliło i jakimś cudem dotarliśmy do celu.


Czekała nas wycieczka po lesie namorzynowym. Bardzo się ucieszyłam, bo odkąd kilkanaście lat temu zobaczyłam las namorzynowy w TV, to bardzo chciałam takie miejsce odwiedzić. I oto jest - tu i teraz. Nieco błotniste, ale naprawdę imponujące. 


Ponadto uroku dodają wszędobylskie małpy (nie na darmo Can Gio jest nazywane "Monkey Island"). Słodkie, jak ten bejbiczek, albo zabawne jak mistrzowie drugiego planu ze zdjęcia powyżej. Słyszałam, że potrafią być też paskudne - wyrywać torby, aparaty, telefony, czy też gryźć. Na szczęście nie były zainteresowane nami. 


Poza radującymi oko widokami niestety natknęliśmy się na makaka w klatce. Nie wiem, czy wymagał opieki weterynaryjnej, czy też był inny rozsądny powód, dla którego musiał tam się znaleźć - bariera językowa z pracownikami parku - nie do pokonania. Zrobiło się jednak strasznie przykro.


Po opuszczeniu małpiego gaju i dłuższym spacerze dotarliśmy do strefy wojennej. Kompleks prowizorycznych, drewnianych chałupek połączonych mostkami. Do tego makiety przedstawiające Viet Cong w czasie wojny. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak ludzie byli w stanie przetrwać w tych warunkach bez porządnego jedzenia, bez pitnej wody (deszczówka do picia była zbierana do płacht zawieszonych na drzewach!) i jeszcze wygrać wojnę.


Jakby problemów było mało w dżungli musieli radzić sobie też z dzikimi zwierzętami. Duże wrażenie zrobiła na mnie opowieść o żołnierzu, który został złapany przez krokodyla i jakimś cudem udało mu się uciec.


Po takich incydentach ludzie trafiali do tamtejszego szpitala (warunki typu M*A*S*H). Patrzę, patrzę i przypomina mi się moja poprzednia praca. I dalej nie mogę uwierzyć, że to wszystko działo się nie tak dawno temu.


Po nieco przygnębiającej wizycie w wojennej strefie wróciliśmy przez las namorzynowy i postanowiliśmy coś przekąsić, a następnie udać się na plażę. Nie mogłoby być zbyt pięknie, bo biedna motórzynka strudzona dziurami odmówiła współpracy. Zdechła po drodze. Na szczęście może z 50m od knajpki z owocami morza (które były po prostu najgenialniejsze na świecie!). Za pomocą Google Translate udało mi się załatwić pana - złotą rączkę, który cośtam pokręcił i motor odpalił. Cieszyłam się niezmiernie, ale niezbyt długo, bo po solidnym obiadku przejechaliśmy może z 10 min i umarł znowu. Tym razem złapałam na stopa pana, który zastosował metodę - "jeden idzie i pcha nogą tego, co jechać nie może" i tak dotarliśmy do mechanika, który usterkę już całkowicie usunął.

Mudskipper - rybka, co może żyć na lądzie i lubi się opalać i skakać

Zaraz po skończonej naprawie zaczęło lać. Prędko pojechaliśmy na plażę i schroniliśmy się w pierwszym lepszym przybytku by przeczekać pijąc kawę/piwo. Deszcz nie trwał długo, a plaża była zbyt pełna śmieci (niczym wysypisko!), by się kąpać. Ruszyliśmy więc w drogę powrotną zatrzymując się w "Mangrove Park", w którym nie było żywej duszy. Widocznie zjawiliśmy się za późno, by skorzystać z takich atrakcji, jak kajaki, czy wycieczka motorówką, ale za to przeszliśmy się za darmo po lesie o atmosferze horroru. Tylko czekałam, aż jakiś wariat wyskoczy zza krzaka z siekierką i wciągnie mnie w bagno, które pogrzebie me truchło na zawsze. Brrr.


Na samym końcu spaceru natrafiliśmy na dryfujące na wodzie domki. Wypisz, wymaluj fińskie jeziorka w środku lasu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Rozmarzyłam się i przed opuszczeniem tego miejsca powiedziałam sobie, że wynajmę jeden z takich domków w któryś urlop.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz