środa, 16 listopada 2016

Da Nang

Do Da Nang dostałam się minibusem z Hoi An. Zabrałam ze sobą cały bagaż, jako, że wieczorem wracałam do Sajgonu właśnie z lotniska Da Nang. Wysiadłam pod słynnym smoczym mostem (smok w nocy świeci, a od czasu do czasu zieje ogniem i pluje wodą - niestety nie dane mi było tego zobaczyć). Najpierw udałam się do muzeum rzeźb Cham, następnie planowałam wypożyczyć jakiś motorek, ale szczęście się do mnie uśmiechnęło i w muzeum spotkałam pana, który mi jeden załatwił.


Pojechałam prosto na półwysep Son Tra w celu zobaczenia świątyni (a jakże, znowu!), wielkiego Buddy i 800-letniego drzewa. Jaka piękna była droga! Jak już wydostałam się z miasta, które zatłoczone było nieco (zawody siatkówki plażowej), to aż chciało się kwiknąć z zachwytu.


Mogłabym tak sobie jechać, jechać i jechać i wiele więcej mi do szczęścia nie było potrzebne. Z jednej strony wzgórza, z drugiej woda z miastem na horyzoncie. Bajecznie. W samochodzie odbieranie takich wrażeń wydaje mi się inne, mniej głębokie. Może to wiatr, może prażące słońce - w aucie człowiek po prostu siedzi i co najwyżej klima w twarz wieje... No w każdym razie - kocham motocykle.


Jak już się pozachwycałam dotarłam do świątyni. A raczej do sporego kompleksu świątyń, czy też klasztoru. Odbywała się tam jakaś imprezka, bo widziałam przygotowania ozdób, podestu, który wyglądał, jak scena oraz dużo żarcia. Może mnisi chcieli obejrzeć transmisję z siatkówki plażowej i tworzyli strefę kibica?


Same świątynie, jak to świątynie - bardzo mi się podobały. Pomnik Buddy (jedna z najbardziej znanych atrakcji Da Nang) jest ogromny. Przewyższa Jezusa z Vung Tau nawet Aragorna ze Świebodzina. Ma aż 67 metrów. Łatwo dostrzec go nawet z miasta. 


Po spędzeniu dość długiego czasu na szwendaniu się po świątyniach ruszyłam dalej. Do drzewa. Byłoby zbyt lekko, gdyby nie pojawił się problem. Więc się pojawił. Droga wydawała się prosta, jak drut, kiedy już myślałam, że jestem na miejscu prawie - dotarłam do rozkopów i nie wiedziałam co począć. Zapytałam rezydującego tam ciecia, pokazał mi, gdzie jechać do drzewa. Chwilę później ktoś inny pokazał mi inną drogą. I jeszcze inną. I jeszcze inną. Aż w końcu jechałam z powrotem do Da Nang!


Pytając o drzewo już na drodze powrotnej dotarłam do plaży. Trochę zgłupiałam, bo wydawało mi się to być kompletnie złą lokalizacją, ale jak wiadomo Google Maps czasem szwankuje. Spróbowałam. Skasowano mnie za parking, wskazano kierunek, przeszłam się trochę, a tam NIC. Parkingowy chciał zarobić sobie na białasie. 


Zrezygnowana i głodna wróciłam do miasta. Musiałam pójść na owoce morza oczywiście (po drodze trudząc się z szukaniem bankomatu - dwa, które znalazłam nie działały). Były przepyszne, zdecydowanie uwielbiam Wietnam za owoce morza.  Jedząc odnalazłam informację, że droga do starego drzewa jest obecnie poddawana renowacji, wskutek czego została zamknięta. No to przynajmniej wszystko się wyjaśniło.


Na sam koniec, już przed odlotem wybrałam się do hotelu A La Carte, na drinka na dachu. Kolega pochodzący z Hoi An zapewniał mnie, że to właśnie z tego miejsca mogę zobaczyć najlepszy widok w Da Nang. No i zdecydowanie miał rację. Do tego miałam mnóstwo szczęścia, jako, że na półwyspie rozpadało się - wprost nad ogromnym Buddą pojawiła się tęcza. Piękne zwieńczenie wycieczki. A Hoi An i Da Nang zostały jednymi z moich ulubionych miejsc w Wietnamie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz