środa, 9 listopada 2016

Marble Mountains

Marmurowe góry - według mnie konieczne do zobaczenia podczas wizyty w Hoi An. 30km, około 20 minut jazdy i byłam na miejscu. Strasznie szybko na wietnamskie warunki. Piękna droga wzdłuż wybrzeża nie była, jak to zwykle bywa zatłoczona i przepełniona wariatami drogowymi, więc już sam dojazd w te niezwykłe góry był rozkoszny.


Musiałam gdzieś zaparkować i wybór padł na jeden ze sklepików z pamiątkami, bo obiecano parking darmowy, jeśli kupię jakieś badziewko. Momentalnie rzucili się na mnie wszyscy okoliczni sprzedawcy tak zwanych przez moją rodzinę "hawajów". Czego tam nie było - figurki Buddy, smoków, lwów, mnichów, a także biżuteria z rzekomego marmuru (a w rzeczywistości jakieś tandetnej podróbki, nawet takiego, jak ja aż raziło w oczy). Wzięłam bransoletkę (wytargowałam się z 200.000 VND na 50.000 VND - z 40zł na 10zł i taką też wartość miała jak dla mnie ta bransoletka) jako drobny prezent dla koleżanki z pracy, co urodziny właśnie obchodziła.


Nie planowałam wizyty tam tego dnia, wydawało mi się, że jet dużo dalej. A tu taka miła droga i... oto dotarłam. Niestety, jako, że wyjazd był niespodziewany nie pomyślałam o odpowiednich butach. Przybyłam więc, jako wysokiej klasy turysta-pauperysta - w japonkach. Japonki i gorąco spowodowały, że zamiast swoim zwyczajem piąć się pod górę na własnych nogach postanowiłam ułatwić sobie życie i wjechać windą. 


Pani sprzedająca bilety do windy wykiwała mnie na 100.000VND (20zł) wydając za mało reszty. Nieźle zarobiła, bo ponad 2x więcej, niż kosztował bilet. Zorientowałam się niestety za późno, jak kupowałam wodę już na górze. Był to pierwszy raz, kiedy tego typu sytuacja zdarzyła mi się w Wietnamie, mimo ostrzeżeń, że to nagminne tutaj. 


Wracając do samych gór. Mieści się tam kompleks świątyń buddyjskich. Szlakiem idzie się pomiędzy nimi, do tego mamy kilka urokliwych punktów widokowych. Nieco przeklinałam na japonki, bo jako, że pora deszczowa, to kamienie po drodze śliskieeee... Na szczęście dało radę. Nie zalecam jednak tego typu obuwia zdecydowanie. Było równie świetnie, jak w niezniszczalnych adidasach z Kaczuchy na lodowcu na Galdhøpiggen (oj kiedyś muszę o tym napisać).


Świątynie, jak to świątynie - uwielbiam i chętnie spędzam w nich czas. Nie były zatłoczone, przybywając w porze lunchu uniknęłam wielkich tłumów, ku mojej wielkiej radości. Pora obiadowa to najlepszy czas zwiedzania wszelkich atrakcji w Wietnamie (jeśli są otwarte, bo spora część jest zamykana!), bo wszyscy znikają wtedy, żeby wszamać swoje pho, czy inny ryż.


Najbardziej spodobały mi się świątynie w jaskiniach. Chłodno, przyjemnie, nieco wilgotno (woda kapała przez dziury w stropie i trzeba szybko się przemieszczać, żeby unikać prysznicu), strasznie ślisko dla człowieka w japonkach. Delikatne światło, majestatyczne posągi, brak wszechobecnego kiczu. Takie miejsca, gdzie człowiek po prostu czuje się dobrze i... czas jakby zwalnia.


Spędziłam w kompleksie świątyń około trzech godzin, które mi wystarczył na niespieszne obejrzenie wszystkiego. Jednak spokojnie z przyjemnością mogłabym temu miejscu cały dzień. Usiąść na ławeczce, patrzeć na rozpościerający się wokoło piękny widok i na rosnące opuncje (Wietnamczycy nie jedzą ich owoców, a przecież są takie pyszne!). Gorąco polecam to miejsce każdemu (najlepiej w środku tygodnia, w porze obiadowej!), jak na razie ląduje ono na szczycie moich ulubionych miejsc w Wietnamie. Mam cichą nadzieję jeszcze kiedyś tam wrócić.

2 komentarze:

  1. Też lubię w takich miejscach posiedzieć i popatrzeć, jak płynie czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki jakiś spokój człowieka ogarnia wtedy:)
      a jak przechodziłam przez bramę z jednego ze zdjęć,to się czułam, jakby to był Tajemniczy Ogród :)

      Usuń