czwartek, 24 listopada 2016

Muzeum Tradycyjnej Medycyny Wietnamskiej

Muzeum Tradycyjnej Medycyny Wietnamskiej - FITO znalazłam całkiem przypadkiem. Krążyłam po Sajgonie szukając Marty, której zaginął telefon i zainteresował mnie ten punkt na mapie. Wybrałyśmy się tam następnego dnia, a potem odwiedziłam je raz jeszcze z kolegą pracy i jego filipińskimi znajomymi. Za pierwszym razem zostały nam wręczone karty z opisem, z którymi zwiedzałyśmy, za drugim razem oprowadzała nas przewodniczka (co podniosło cenę niemal dwukrotnie, ale za to nieco się dowiedziałam).


Muzeum znajduje się w sześciopiętrowym domu prezentującym różne wietnamskie style budowlane - z północnego Wietnamu, z Hue oraz tradycyjny styl Cham. Zwiedzanie zaczyna się od samej góry, która opowiada właśnie o medycynie ludzi Cham. Wierzyli oni w moc płodności, co tam zatem znajdziemy?


Filar w kształcie ogromnego fallusa sięgający aż do sufitu. Jest też wiele, wiele mniejszych rzeźb fallicznych, wszelkich rodzajów i kształtów. Niektóre mają wzorki, inne nawet wkomponowane twarze. Jak widać na zdjęciu poniżej jeden ma nawet twarz Buddy. Człowiek jest wręcz przez te wszystkie wacki otoczony. Taki sobie "chujowy pokój". To on właśnie wzbudza (obok pokoiku z tajemnymi nalewkami) największe zainteresowanie wśród gości muzeum.


Nie tylko fiutki są w Wietnamie ważną częścią wierzeń. Mamy mityczne stworzenia, jak smoki, lwy, żółwie, jednorożce. W muzeum FITO poznałam nowego potworka - ty huu. Niby podobny do wszystkich innych, ale! Według przewodniczki bezustannie je, ale nie defekuje. Przynosi szczęście biznesmenom - sprawia, że pieniądze wchodzą do firmy i nie opuszczają jej. Oto on - wygląda trochę jak smok, trochę jak szwagier (dla niezorientowanych - taki "andrzejowy" wąs i wyraz twarzy).


Po tych dywagacjach przechodzimy do części medycznej. Dnia by nie starczyło, żeby się wszystkim zbiorom dokładnie przyjrzeć. Możemy zobaczyć jak się przyrządza leki - mamy wszelkie przyrządy takie, jak moździerze, gilotyny do ziół, takie dziwne łódeczki, w których jest koło i to koło przesuwa się nogami lub rękami zależnie od rozmiaru, żeby rozgniatać przeróżne chwaściwo, mnóstwo kubeczków i pojemniczków, wielkich waz do produkowania naparów i nalewek. Można nawet samemu wcielić się w wietnamskiego farmaceutę.


Zastanawiam się, może to czas, by zmienić zawód?;)


Kolekcja wszelakich dziwacznych medykamentów jest całkiem spora. Łaziłam od słoiczka do słoiczka szukając znanych mi substancji i dowiadując się, co według Wietnamczyków mogą one wyleczyć. Najbardziej zapadły mi w pamięć medykamenty śluzowe. Co one mają robić? Hmm...


Jest mnóstwo rysunków o medycznych roślinach (takie staroświeckie, jak w książkach sprzed lat - uwielbiam), instrukcje dotyczące akupunktury, ulotki i opakowania rodem z PRLu. Głowa aż się chce ukręcić. Są także dziwne utensylia, które nie mam pojęcia, do czego służą. Jak te, na zdjęciu poniżej. Przewodniczka powiedziała mi, że te ludziki to yin i yang według wierzeń Cham. Ale niestety nie udało mi się wydedukować, co z nimi się robi i jak mogą w takiej postaci leczyć.


No i moje ulubione! Naleweczki. Czego tam nie ma. Nalewka z korzonka żeń szenia z twarzą (przypomina mi homunkulusa), z węża, z jaszczurek (pomaga na potencję, jak wiele innych medykamentów przedstawionych z muzeum - chyba z takim działaniem najłatwiej je sprzedawać).


Na koniec zwiedzania schodzi się do sklepiku FITO. Można napić się herbatki i jest puszczany nieco zabawny film z niemieckimi napisami. Co mnie najbardziej ucieszyło w sklepiku? Wietnamski AMOL. Pachnie tak samo, wierci w nosie tak samo, tylko kolor ma czerwony. I buteleczka jakaś mała, pozostaje więc leczyć się jedynie zewnętrznie - naprawdę pomaga na ból głowy.


Pisząc ten tekst odwiedziłam stronę muzeum i dowiedziałam się - w innej części miasta znajduje się druga filia FITO - Muzeum Tradycyjnej Farmacji Wietnamskiej. Na pewno się wybiorę. Nie wkrótce, bo urlop i długo wyczekana wycieczka zbliża się wielkimi krokami. Ale na pewno, jak już wrócę do Sajgonu.

2 komentarze:

  1. ten zwierz, który nie defekuje, pochodzi z mitologii chińskiej - w tutejszym bestiariuszu jest takich parę. U nas często pilnują bram banków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak się nazywa po chińsku?
      Wietnam - Chiny - te wszystkie wierzenia się przeplatają, chociaż oba narody pewnie by tego nie przyznały;)

      Usuń