czwartek, 10 listopada 2016

My Son

Kolejnym miejscem jakie odwiedziłam będąc w Hoi An były ruiny świątyń Cham w My Son. Należą one do Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nie mogłabym pominąć My Son, zwłaszcza, że uwielbiam świątynie. W nadziei, że nie będzie lało ruszyłam więc w drogę. Google Maps nie ułatwiło mi życia tym razem. Wyznaczona trasa wydawała się prosta, jak drut, ale zatrzymywałam się kilka razy, by się upewnić, że na pewno jestem w dobrym miejscu.


Wąziutki dróżki prowadzące przez pola, góry, doły, wertepy, kałuże. Myślałam, że szczytem był przejazd przez rzekę (tym razem cieszyłam się w duchu, że byłam w sandałach, bo szybko wyschły). Do tego ciągły stres, że skończy mi się paliwo - skuterek, który wypożyczyłam miał bardzo maleńką pojemność baku, musiałam zatem niezwykle często tankować. Naprawdę porządnie zaskoczył mnie jednak moment, kiedy dotarłam do autostrady i musiałam jakoś się na nią dostać, a wjazdu ani widu, ani słychu. Kręcąc się po okolicy bez pojęcia, ujrzałam TO:


Nie wiem, jak samochód, szczególnie jakiś większy miałby skorzystać z tego wjazdu (w okolicy żadnego innego nie było), ale ważne, że skuterzynka dała radę. Dodam, że wracając z My Son po drugiej stronie autostrady, zjazdu było brak przez długi czas, więc musiałam przejechać ją w poprzek i skorzystać z tego samego miejsca.


Na miejscu, w My Son okazało się, że świątynie, mimo dużej popularności nie są w ogóle oznaczone i trudno do nich dotrzeć. Google Maps zastrajkowało na zadupiu, ale poradziłam sobie pokazując napotkanym ludziom zdjęcia i jakoś pokazali mi, gdzie jechać. Wstęp okazał się dość drogi, jak na ruiny świątyń, bo aż 150.000 VND (30zł), ale zdecydowanie było warto. Przy wejściu do kompleksu można obejrzeć muzeum, poczytać nieco o historii tego miejsca. Następnie małe, elektryczne wózki zabierają turystów w głąb kompleksu i można zacząć zwiedzanie.


Świątyń jest mnóstwo. Większe, mniejsze, po niektórych zostały tylko kupki kamieni (kolejny obiekt niestety częściowo zniszczony przez wojnę). Dużo posągów, ciekawych wykończeń, głównie przy wejściach. I co najważniejsze - na mojej drodze spotkałam tylko kilku turystów. Jest bardzo cicho i spokojnie. Na tyle spokojnie, że duży biały wąż postanowił zamieszkać na sklepieniu jednej z mniejszych świątyń i spadł mi tuż przed stopy, kiedy próbowałam do niej wejść. Lubię węże i nie boję się ich, ale taki latający przed nosem troszkę mnie zaniepokoił.  Na tyle, że do tej jednej świątyni nie weszłam.


Sanktuarium My Son jest kolejnym miejscem, które zdecydowanie polecam odwiedzającym Wietnam. Człowiek czuje się trochę, jak w grze RPG. Nadszarpnięte zębem czasu majestatyczne budowle na tyle gór. Troszkę kojarzą mi się z Angkor Wat. I kolejna uwaga - po raz kolejny, najlepiej wybrać się w środku tygodnia, w porze obiadowej. Znajomy mój organizuje wycieczki po północnym i centralnym Wietnamie, zwykle przyjeżdżają do My Son około 8 rano. I mówił mi, że wtedy jest tam oblężenie, dzikie tłumy - niemiło. Moje doświadczenie było zupełnie inne, zatem - nie zawsze warto zrywać się z łóżka wcześnie rano.;)


2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Jest jak w bajce:) No i chyba miałam dużo szczęścia, że właściwie ludzi nie było

      Usuń