wtorek, 27 grudnia 2016

Cameron Highlands #1

Ciężko pisać o hasaniu po dżungli, kiedy człowiek siedzi w robocie, aż do porzygu. Ale! Miesiąc bez jednego dnia i już będę zwiedzać Birmę. Dzisiaj zatem rozpoczynam historię o gęstych krzakach, ukrytych ścieżkach, błocie, trujących bluszczach, sterydach i maści tygrysiej.


Cameron Highlands. Miejsce to znalazłam buszując po internecie parę ładnych lat temu. W czasach kiedy jeździłam stopem w góry z plecakiem wypchanym tuńczykiem i kuskusem. Wtedy też, patrząc z otwartą japą na zdjęcia herbacianych pól postanowiłam sobie - "pojadę tam". Trochę czasu upłynęło, ale, że co - że niby ja nie pojadę?!


I tak oto Cameron Highlands stały się moim i Gandzi pierwszym celem zwiedzania w Malezji (nie licząc jednej nocy w KL, do której jeszcze wrócę). Jak przystało na prawdziwego polskiego turystę przybyłyśmy odziane w skarpety i sandały, a plastikowa reklamówka (niestety nie z Biedronki) dzierżona była w dłoni. Pierwsze wrażenie, po szybkim spojrzeniu na Tanah Rata, jak to wcześniej usłyszałam (pozdrawiam Piotrze:) - malezyjskie Zakopane. 


Jako, że było jeszcze wcześnie, postanowiłyśmy maksymalnie wykorzystać dzień. Szybko znalazłyśmy nasz nocleg, który okazał się jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w których spałam w trakcie swoich podróży. Klimat schroniska górskiego, przytulny pokój, przemiły właściciel. Naprawdę super! Polecam serdecznie każdemu wybierającemu się do Cameron Highlands - TJ Lodge w Tanah Rata:) 


I to właśnie pan z tegoż hoteliku polecił nam na ten dzień szlak dżunglowy nr 10 - bo dużo czasu nie zajmuje, tylko dwie godzinki. Zjadłyśmy więc szybko przepyszne wiktuały (żarcie - niewątpliwie największa zaleta Malezji!) w jadłodajni, co ją było widać przez okno naszego pokoju i ruszyłyśmy w drogę. 


Dwie godzinki - jasne. Szukania szlaku. Nie było wcale tak prosto, bo każdy z napotkanych mieszkańców kierował nas gdzie indziej, a mapą można było sobie podetrzeć tyłek, taka dokładna była. Po dotarciu do przybytku "Instant Jesus" (tak przeczytałam, już sama nie wiem, jak to naprawdę się nazywało!) i zwątpieniu postanowiłyśmy użyć GPSa. I to było rozwiązanie trafne.


Przez taką oto bramę i czyjąś posesję prowadził początek ścieżki. I tutaj już było bardzo miło. Zero problemów z dalszym szukaniem drogi, lekka zadyszka, ładne roślinki. Wszystko elegancko.


Dosyć szybko wdrapałyśmy się na Gunung Jasar i miałyśmy chwilę, aby się nacieszyć widokiem herbacianych plantacji za przesuwającą się mgłą. Schody zaczęły się na końcu szlaku (doszły mnie słuchy, że lokalni przewodnicy usuwają znaki, ażeby potencjalni petenci nie mogli trafić na ścieżki samodzielnie i płacili im hajsy).


Wylądowałyśmy na... polu kapuchy. Bez GPSa to ani w te, ani wewte. Dzięki dobrociom technologicznym dotarłyśmy do asfaltu i tam ukazał się drogowskaz. Drogowskaz, na który czekałam długo, długo. Plantacja truskawek. Jako, że w Sajgonie truskawek dostać nie można, to po prostu musiałam się znaleźć.


I tak po kolejnym dreptaniu pod górkę znalazłyśmy się w raju. Obżarłszy się pysznych, słodkich truskawek nadszedł czas na powrót do Tanah Rata i żarcie. I na Bombay Gin z tonikiem pitym z butelek po wodzie z upitoloną nożyczkami szyjką (nie ma to, jak wyrafinowane naczynia, ha!). 


I kto mógł przewidzieć, co będzie na nas czyhać następnego dnia...
CDN.!

4 komentarze:

  1. fantastyczne zdjęcia Aniu! ...hihihi 'Zakopane" :^))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) to miejsce to prawdziwy raj do robienia zdjęć:)

      Usuń