czwartek, 29 grudnia 2016

Cameron Highlands #2

Na kolejny dzień spędzony na Cameron Highlands zaplanowałyśmy wizytę na plantacji herbaty BOH, kolejnej farmie truskawek i dżuglowe szwendanie się - przez Gunung Irau do Gunung Brinchang i z powrotem do Tanah Rata.


Skuterek nie wchodził w grę, jako, że punkt startowy był mocno oddalony od końcowego. Z pomocą znów przyszedł nam pan z hotelu, który zaoferował, że do BOH może podrzucić nas jeep zabierający turystów na wycieczkę - objazdówkę. Oszczędził nam zatem upierdliwości szukania taksówki i targowania się o cenę. 


Kierowca wysadził nas koło 1-2 kilometrów od herbaciarni, kiedy wycieczkowicze wyszli robić zdjęcia plantacji. I co tu dużo mówić - ZATKAŁO MNIE. Zachwytom końca nie było. Tak sobie wyobrażałam to miejsce i strasznie się ucieszyłam, że w końcu udało mi się je zobaczyć. Zmierzając w dół dotarło do nas obu, że wykupowanie wycieczki zupełnie mija się z celem. Zwiedzający zatrzymali się tylko na chwilę, żeby strzelić sobie selfika, po czym pojechali dalej. A to właśnie spacer pomiędzy krzakami herbaty był okazją do podziwiania tego magicznego miejsca.


W herbaciarni spędziłyśmy bardzo przyjemne chwile. Herbatka była przepyszna, podelektowałyśmy się,  zrobiłyśmy spore jej zapasy, a i udało się zobaczyć, jak jest produkowana. Nie mogłyśmy jednak siedzieć tam zbyt długo, bo czekała nas jeszcze długa włóczęga. Napawając się pięknymi widokami ruszyłyśmy w górę.


Droga do truskawek wydawała się niekończąca. Przez chwilę bałam się, że aby dotrzeć do plantacji będziemy musiały nadrobić trochę kilometrów, ale na szczęście znajdowała się ona na szlaku. Dotarłyśmy w samą porę, bo zaczął padać deszcz.


Na wejściu powitały nas kozy. Miły, choć narzekający pan z Bangladeszu oprowadził nas po plantacji. Nażarłyśmy się pysznych truskawek maczanych w czekoladzie i trzeba było ruszać w dalszą drogę.


W siąpiącym deszczu dotarłyśmy drogą dla jeepów do Mossy Forest, który został nam opisany przez pana z hotelu jako las z filmu "Avatar". Było bardzo pięknie, ale cholernie ślisko. Poza wszechobecnym mchem była także harda mgła, która skutecznie przesłoniła nam wszelkie widoki z góry, ale również miała swój urok.


Ku naszemu rozczarowaniu (napisałam "rozczłonowaniu" i nie zauważyłam :) zobaczyłyśmy, że szlak na Gunung Irau jest tymczasowo zamknięty. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu olałabym zakaz, przelazła pod taśmą i poszła, mimo wszystko. Niestety takie pomysły coraz rzadziej przychodzą mi do głowy, jedynym rozsądnym wyjściem więc było zawrócenie i pójście wprost na Gunung Brinchang droga dla jeepów.


 Nie było już ani daleko, ani pod górę, szybko znalazłyśmy się na szczycie, gdzie też niczego nie było widać z powodu mgły. Wieża widokowa była zardzewiała i wyglądała, jakby chciała się rozsypać, więc nie skorzystałyśmy z możliwości wejścia na górę.


Dalej miało być już tylko z górki. Pan spotkany na szczycie ostrzegł nas, że bardzo się ubrudzimy. A co to dla nas! Początek szlaku dżunglowego nr jeden zaczynał się jak na zdjęciu powyżej. Gdyby nie GPS ponownie uznałabym, że nie da się tam dotrzeć. Przecisnęłyśmy się pomiędzy krzakami a płotem gotowe na zmierzenie się z dżunglą. I oto, co nam się ukazało na samym początku:


Błoto głębokie, grząskie, wsysające buty. Nie minęło kilka minut, a obie byłyśmy już solidnie upaprane. No, ale w górach jak nie ma błotka, to nie ma zabawy. Z zapałem zmierzałyśmy dalej, po chwili spotkałyśmy parę turystów idących pod górę. Ich twarze wyglądały, jakby stracili wszelką nadzieję. Poradzili nam, aby się cofnąć i nie schodzić na dół tym szlakiem, bo tam będzie tylko gorzej. Gdzie, tam, kto by ich słuchał. Przecież nie będziemy wracać tą samą drogą, którą przyszłyśmy. Poza tym i tak byłyśmy już srodze utytłane.


Mieli jednak rację. Było gorzej. Nawet zdjęć zbyt wielu nie mam, bo owinęłam aparat w torbę foliową, żeby nie zakończył swego marnego żywota, kiedy ja staram się nie przewrócić po raz setny. Ciężko opisać to, jak ten szlak wyglądał.  Śliskie korzenie, błoto, błoto, błoto i liny do pomocy. Było ciężko, wykonałam bardzo wiele dupozjazdów. Jednak humor nam wciąż dopisywał. Jedno było pewne - zakwasy następnego dnia. 

video

Na filmie nie wygląda to nawet w połowie tak hardkorowo, jak się czułyśmy. Sam koniec szlaku był najbardziej zaskakujący. Skarpa, po której schodziła lina, na dole rzeka, a za rzeką następny płot. Po raz kolejny wydawało nam się, że to jakiś cholerny żart. 

video

Jak już byłyśmy na dole - brudne, zmęczone i głodne zostało nam jeszcze parę ładnych kilometrów asfaltem do Tanah Rata. Nie było jak dla mnie opcji, żeby przebierać nogami dalej. Żadna taksówka nie wzięłaby też takich brudasów. Pozostało zatem łapanie stopa, czego nie robiłam od dawien dawna. Jak już myślałyśmy, że nawet ta ostatnia nadzieja została stracona - udało się! Miły pan jarający peploka za peplokiem zlitował się nad nami.


Przetrwałyśmy więc. Zmordowane zdecydowałyśmy się, że następnego dnia nasze hasanie będzie mocno geriatryczne, bo szlak ten dał nam ogromnie po dupach. Dżungla jednak miała dla nas swoje złowieszcze niespodzianki...
CDN.!

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. miło :D ciąg dalszy to jest akcja :D

      Usuń
  2. Rozczłonowanie to było następnego dnia...

    OdpowiedzUsuń
  3. cudowna zieloność .. przepiękne ujęcia! ..

    OdpowiedzUsuń
  4. Strasznie mi się podoba pierwsze zdjęcie :) a szlak....niezły hardcore.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) nieskromnie powiem,że też to zdjęcie kocham!
      a szlak cóż, hardkorowy,ale ile śmiechu byo :)

      Usuń