czwartek, 19 stycznia 2017

Langkawi #1

Zbrodniczo wczesną porą (gdzieś koło 7 rano) opuściłyśmy naszą melinę w Penang i udałyśmy się na prom na Langkawi. Oczywiście nie obyło się bez mylenia drogi, ale czego można by się spodziewać po zaspanych ludziach... Prom niestety mnie nie zachwycił. Nie można było wyjść na zewnątrz. Usadzono wszystkich w środku, do tego nie przypadły nam miejsca obok siebie. No i leciała nieco irytująca muzyka. Całe szczęście miałam na telefonie Paragraf 22, więc czytając udało mi się przetrwać rejs.


Po dotarciu na wyspę rzuciłyśmy się na jedzenie. Pierwsza lepsza knajpka koło portu, a jakie tam mieli pyszności! Mięska, które tam wszamałyśmy nie zapomnę na długo. Ale po przyjemnej części pojawił się problem logistyczny - nasz hotel był po drugiej stronie Langkawi - jak tam się dostać? Szczęśliwie pani z knajpy poradziła nam, gdzie można wypożyczyć skuterek w porcie. Poszło to bardzo szybko i sprawnie, a do tego nawet nie dostałyśmy rzężącego trupa.

Nie lubię kasku! - Wspomnienia z Chiang Mai

Władowałyśmy się na motorek z plecakami i pojechałyśmy. Szybko znalazłam się w bezgranicznym szoku. W Malezji ludzie UMIEJĄ JEŹDZIĆ. Przestrzegają przepisów. Przez ponad 20km nie napotkałyśmy żadnego drogowego idioty. Jak na moje dotychczasowe azjatyckie doświadczenia, to jest duże osiągnięcie. Poza obolałymi tyłkami od ściskania się we dwójkę razem z plecakami jazda była zatem bardzo przyjemna. Powiedziałabym nawet, że ruch uliczny jest zorganizowany, jak w Europie!

Gość w hotelu - waran.

Jak już dojechałyśmy pod wskazany przez Google Maps adres hotelu okazało się, że go tam nie ma. Nie było go także w wielu innych miejscach, w których próbowałyśmy go szukać. Kręciłyśmy się, jak to ojciec mój mawia - jak gówno w przerębli. I nic! Nawet 2 miłych panów próbowało nas poprowadzić na miejsce, ale niestety był to inny hotel. Dopiero inne przyjazne dusze z przedziwnego miejsca, gdzie serwowano kawę za darmo pomogły. Zadzwonili do właściciela przybytku, który przyjechał po nas. Okazało się, że hotel zmienił nazwę i lokalizację. W życiu byśmy tego same nie znalazły. Warunki na szczęście okazały się bardzo przyjemne. 


Dzień spędziłyśmy odpoczywając i delektując się dobrociami alkoholowymi. Langkawi to strefa bezcłowa, więc po okrutnym przepłacaniu za piwka na Cameron Highlands (w Malezji są strasznie drogie, 10-18 zł!) w końcu mogłyśmy się porządnie nacieszyć browarkiem (i zrobić zapasy na później, w życiu nie wywoziłam jeszcze piwa ze strefy bezcłowej, no ale zawsze musi być ten pierwszy raz). Kolejnego dnia wybrałyśmy się do panów z kawą, którzy pomogli nam poprzedniego dnia. Chciałyśmy im tym razem zapłacić. Nic z tego, kawę rozdają za darmo i tyle. Zaprosili nas za to na wieczór do swojego baru na plaży Cenang.


Już po opuszczeniu kawiarenki zaczęłyśmy szukać jedzenia. No i nic. Nic, nic, nic. Wszystko wyzamykane. Zastanawiałam się, czy Malezyjczycy nie jedzą śniadań, czy o co w ogóle chodzi. Już myślałam, że umrę z głodu, ale na całe szczęście na parkingu przy plaży sprzedawali smażone szaszłyki. Dziwne śniadanie, ale bardzo smaczne. Po zapchaniu się tłuściwem mogłyśmy w końcu ruszyć się kąpać. Na plaży było pełno małp. Ta ze zdjęcia próbowała nas nawet obsikać. No i pierwszy raz w życiu widziałam muzłumańskie kobiety kąpiące się w burkini. Cóż powiedzieć - nieco mnie to zadziwiło.


Po kąpaniu, opalaniu i wygrzewaniu szybko podjechałyśmy jeszcze do wodospadu, który był nieopodal. Ale strasznie cięły tam komary, a do tego był tłum ludzi. Wróciłyśmy więc do hotelu na szybki prysznic i pojechałyśmy szukać baru na plaży. Oczywiście po drodze wypadek, zablokowana droga, korek i trzeba było przejeżdżać przez okoliczne błoto. Warto jednak było, bo bar plażowy nas urzekł. 


Czułyśmy się jak na romantycznej randce. Na każdym stoliku stały świece.  Do tego znajomi nam już panowie poczęstowali nas przepysznymi szaszłykami. Mimo, iż nie byłyśmy głodne zdecydowałyśmy się zamówić więcej. Odkryłyśmy też trzeci wodospad na Langkawi - Niagarę ze spłuczki w knajpianym wychodku... Film wykonany z narażeniem życia przez Gandzię:


Z bólem serca myślałyśmy, że mamy na Langkawi jeszcze tylko jeden dzień - baaardzo nam się spodobało. Gdyby nie kupiony wcześniej bilet na prom, na autobus i zaklepany nocleg w Melace, to na pewno zostałybyśmy dłużej.

2 komentarze:

  1. Krzysiu pyta: (cytuję jego słowa)" jak można przenieść hotel? Czy można przenieść budynek? " nie mieści mu się w głowie że budynek mógł zmienić nazwę i lokalizację. Gorąco pozdrawiamy Aga, Krzyś, Adaś i Marysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbudowali nowy hotel, a w budynku poprzednim jakiś inny przybytek został otwarty :)) Uściski!

      Usuń