wtorek, 3 stycznia 2017

Penang

Do Penang przyjechałam sczezła, spuchnięta i wszystko mnie swędziało. Mało się nie popłakałam, jak dotarło do mnie, że autobus nie dowiózł nas do George Town, tylko wysadził gdzieś daleko daleko. Ku mojemu zdumieniu komunikacja miejska w Penang funkcjonuje fantastycznie (miła odmiana po Wietnamie i Tajandii!) i sprawnie dostałyśmy się w okolice zarezerwowanego wcześniej hotelu, którego szukanie szło, jak krew z nosa. Stamtąd było już o krok do apteki - po odwiedzeniu kilku chińskich przybytków z tradycyjnymi medykamentami w końcu udało się! Dorwałam swój steryd i z położenia koszmarnego znalazłam się w powiedzmy... znośnym.


Nie bardzo miałam ochotę na cokolwiek, najchętniej zaległabym w hotelu i skisła drapiąc się i drapiąc i drapiąc. Ale wynajęty (i na nieszczęście z góry opłacony) pokój, w przeciwieństwie do tego na Cameron Highlands był... obleśny. Zaznaczam - nie mam wygórowanych wymagań noclegowych. Nie tak dawno jeszcze zwykłam nocować byle gdzie, w krzakach pod namiotem, a czasem i bez. Obecnie akceptuję wszystko, co nie jest dormitorium. Po spelunie z Penang zmieniam zadanie - koniec z bookowaniem najtańszych ofert na gwałt. Lepiej nieco dopłacić i nie kląć potem jak szewc. A już na pewno muszę zacząć czytać recenzje hoteli.


Klitka na którą tak narzekam była ciasna, obskurna, za listwą pod ścianą mieszkała sobie mysz. Do tego było duszno i woniało stęchlizną. Brak kocyka, czy innego nakrycia - w tym celu użyłyśmy zasłonek przywieszonych nie wiedzieć, w jakim celu na ścianie. Po sąsiedzku - toaleta. I cienkie ściany. Było słychać nieprzerwanie haftującego faceta. 2 noce pod rząd! Aż powiesiłyśmy na drzwiach kibelka kartkę z zakazem "NO VOMITING" i obrazkiem przekreślonego, rzygającego ludka. Nie pomogła. I wisienka na torcie - ktoś nam rąbnął 2 pary ubłoconych butów. Wobec takich okoliczności chcąc, nie chcąc - musiałam zwiedzać Penang, bo w tym kurwidołku bym się czuła jeszcze gorzej.


George Town jest najbardziej znane z murali i jedzenia. Do jedzenia jeszcze wrócę, bo malezyjskie wiktuały zdecydowanie zasługują na pieśń pochwalną. Murale - te najpopularniejsze były tak oblegane przez turystów, że czasem było trudno je dostrzec wśród chmary ludzi. My skupiłyśmy się na malowidłach z kotami. Jest ich całkiem sporo. Lokalny artysta przez obrazy kotów buduje świadomość społeczną na temat ich adopcji. Bardzo mi się to spodobało.


Niektóre obrazy są niestety strasznie zaniedbane. Farba odłazi, widać, że nie są poddawane renowacji. Nieco to przykre, jako, że stanowią one wizytówkę tego miasta, które przecież należy do kulturalnego dziedzictwa UNESCO.


Na wybrzeżu zupełnym przypadkiem odwiedziłyśmy drewniane, stare domy wybudowane na palach na wodzie. Z początku myślałyśmy, że to po prostu targowisko. Otóż nie. Ale żeby dostrzec cokolwiek więcej, niż sklepy trzeba było się nieźle wysilić. Sklepy z pamiątkami-hawajami są wszędzie w Penang. W takiej ilości nie widziałam ich jeszcze nigdzie, nawet na Krupówkach. 


Po spacerze pomiędzy muralami wybrałyśmy się do fantastycznego muzeum jedzenia, na wystawę 3D (która ciut mnie zawiodła po odwiedzeniu galerii Artinus w HCMC, ale i tak było przyjemnie) oraz do kociej kawiarni. Kolejny dzień spędziłyśmy na Penang Hill i w świątyni Kek Lok Si. Na koniec atrakcji z Penang - po długich poszukiwaniach (i bardzo durnych problemach) udało nam się znaleźć Fish SPA.


Nigdy nie byłam specjalnie przekonana do tego rodzaju przyjemności. Pamiętam, że rok temu, w Chiang Mai przyglądałam się rybkom obgryzającym ludzie nogi i sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Tym razem obie jednogłośnie postanowiłyśmy spróbować. I było super. Pierwsze 5 minut łaskotało, potem już było tylko miło. Rybki szczególnie upodobały sobie obgryzanie tatuażu z bambusem. A jaka gładka skóra potem... Oczywiście jeszcze masaż. Cudo! Podobało nam się do tego stopnia, że postanowiłyśmy do tego salonu wrócić za kilka dni po drodze z Langkawi.


Jak bym podsumowała Penang? Z zachwytu nie mdleję, ale wspominać będę przyjemnie. Na pewno podobało by mi się bardziej i byłabym o wiele bardziej entuzjastyczna, gdybym była w tym czasie zdrowa. Murale miłe dla oka, jedzenie smakowało, muzeum żarcia -  to urywa głowę, jako i SPA i tam bym jeszcze chętnie powróciła. 

4 komentarze:

  1. Powiem ci, że ten kurwidołek nie był taki zły bo dzięki niemu poszłaś w miasto, a dzięki temu ja mogłam obejrzeć piękne zdjęcia.
    aaa z tych rybek też bym chętnie skorzystała ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny :)
      Co racja to racja, zawsze znajdzie się jakiś pozytyw :)

      Usuń
  2. Masakra z tym noclegiem i jeszcze to, że Wam buty buchnęli - może ten facet od rzygów? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha może tam narzygał do tych butów i potem głupio mu było to zaiwanił :D

      Usuń