środa, 22 lutego 2017

Bagan

Tym razem w autobusie nie było niepotrzebnych przystanków. Na pożywienie się - nie żebym potrzebowała, ale skoro dali kluchy to jadłam; na toaletę (normalnie, a nie w krzakach) i tyle. Ale spać jakoś nie mogłam, Telepało niemiłosiernie. Kiedy o 3.30 znalazłam się na dworcu w Bagan odetchnęłam z ulgą. Ale nie ma lekko - tam, jako sępy czekali taksówkarze. Ja zaspana, oczywiście chciałam szybko dostać się do hotelu. Normalnie wymijam naganiaczy i idę szukać gdzieś dalej, bo nie lubię takiego zaczepiania. Ale środek nocy i zimno - było mi wszystko jedno. Niestety... przewoźnik, który upatrzył sobie mnie na ofiarę był wyjątkowo nachalny. Miał aparycję zakapiora i próbował mnie zmusić, żebym jechała jego tuk-tukiem, próbując zaprowadzić mnie zaprowadzić gdzieś poza parking busów. Przekonywał, że taksówki są bardzo drogie.


Na moją odpowiedź, że idę szukać samochodu, bo zimno, a w tuk-tuku wiucha zrobił się mocno napastliwy. Nie przyjmował kulturalnej odmowy. Dopiero głośne 'fuck off' podziałało. Szybko znalazłam taksówkarzy, którzy czekali w samochodach. I do tego parę Argentyńczyków chcących dzielić transport. I co? Taksówka zainkasowała połowę ceny, którą chciał upierdliwiec od tuk-tua. Po dziś dzień zastanawiam się, czy chciał mnie naprawdę zawieźć za zbyt wysoką cenę, czy zwyczajnie okraść gdzieś w ciemnym zaułku.


Droga do hotelu była szybka i przyjemna. Tylko oczywiście trzeba było uiścić opłatę dla rządu za wstęp do miasta. 28.000 Kyat, czyli uwaga - jakieś 83zł! Sporo, prawda? No, ale jak trzeba, to trzeba. Na całe szczęście akurat tyle miałam w portfelu (28 banknotów po 1000 Kyat), bo grube zwitki hajsu miałam zakopane w bagażu. Żeby zapłacić taksiarzowi musiałam już wszystko rozgrzebywać. I jak już to uczyniłam zaczęły się schody. W hotelu z rzekomo 24-godzinną recepcją (co zostało wcześniej potwierdzone) cimno, jak w dupie. Brama zamknięta. Na całe szczęście czekali też inni przybysze, któryś z nich zadzwonił na numer z rezerwacji i obudził recepcjonistę. 


Po dłuższej chwili wyszedł do nas zaspany facet. Wpuścił do środka. Pogapił się na pokazane mu rezerwacje i... polazł gdzieś. Gdy wrócił zawołał, bym szła za nim. Ucieszyłam się, że jestem pierwsza, bo pozostałych było sporo, a chciało mi się diabelnie spać. Radość była nadaremna. Facet pokazał mi leżący w korytarzu, pod drzwiami do pokojów materac. Koło niego leżały buty gości. I że niby tam mam spać? Oj, tak być nie będzie! Zbiesiłam się. Tym razem już nawet nie próbowałam być miła, jak w podobnej sytuacji w Inle Lake. Facet był widać wnerwion, że zakłócam mu noc. Ale znów gdzieś poszedł. I co? Dostałam miejsce w innym hotelu. A raczej cały 3-osobowy pokój. Ciekawa jestem co stało się z resztą czekających gości...


Żeby nie było zbyt wesoło okazało się, że za oknem trwa jakiś festyn. Biba. Wesele. Karaoke. Nie wiem, co ale bardzo głośne było. Jakiś chłop o głosie przywodzącym mi na myśl Dionizosa darł się do mikrofonu, potem ktoś śpiewał (czy raczej zawodził), no i potem od nowa. Była 4.30. Strasznie chciałam spać. Stopery, onuca na łbie, na niej szalik, a na tym poduszka nie pomogły. Świętowanie skończyło się około 5.30 i dopiero wtedy udało mi się zasnąć.


Rano wyszłam na zewnątrz w poszukiwaniu kawy i strawy. Ukazała mi się taka oto sceneria. Znowu poczułam się, jakbym wróciła do Sangkhla. Jak już znalazłam otwarta knajpkę, to pojawił się kolejny problemik. Taksówka. Musiałam się dostać jakoś do starego Bagan, a taksówek nie widziałam. Nikt też nie wiedział, o co pytam. Po dłuższej chwili tłumaczenia, czego właściwie chcę obsługa jadłodajni sprowadziła swojego znajomego taksiarza, który zgodził się mnie zawieźć.


Już po drodze myślałam, że głowa mi się dosłownie ukręci z wrażenia. Pagody były wszędzie. Jakby wyłaniały się z krzaków. Najchętniej zatrzymywałabym się przy każdej z nich. A tyle ich było! Jak się dowiedziałam - w dawnych czasach w tamtych terenach wybudowano około 10.000 świątyń! Dzisiaj zostało ich mniej-więcej 2200. Niestety w sierpniu ubiegłego roku Bagan nawiedziło trzęsienie ziemi i bardzo wiele świątyń zostało zniszczonych. Część z nich do tej pory jest w odbudowie, do części nie można wchodzić, bo jest ryzyko zawalenia.

azjatyckie BHP na wysokości 

Cały dzień upłynął mi na chodzeniu od świątyni do świątyni (z dwukrotną przerwą na strawę). Prawdziwy raj. I można by tak spędzić z 3 miesiące, gdyby człowiek chciał je wszystkie odwiedzić. Bardzo podobały mi się malutkie dróżki między pagodami. I brak tłumów. Przy części świątyń nie było nikogo. W tych najbardziej popularnych widziałam sporo ludzi, ale nigdzie nie było ścisku i przepychanie. Zupełnie spokojnie mogłam wszystko zobaczyć. Było przecudnie. Bagan zapamiętam jako jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie odwiedziłam.

 do tej świątyni niestety nie dało się dojść

Niestety mój czas był bardzo ograniczony, bo autobus do Yangon rzekomo odjeżdżał o godzinie 19. Po wcześniejszych doświadczeniach wiedziałam, że muszę mieć nieco czasu w zapasie. Miałam sporo szczęścia, bo gdy sobie lazłam z plecakiem zatrzymał się (PRZEUROCZY) białas-motocyklista i zaoferował, że mnie podrzuci. Nie chciało mi się już przebierać nogami przez bezdroża, więc oferta bardzo mnie ucieszyła. Również ze względu na aparycję jegomościa. Dowiózł mnie on do miejsca, gdzie szybko coś zeżarłam i złapałam taksówkę do stacji autobusowej.


Tam oczywiście znów zaczęły się schody. Kazano mi dopłacić (niemało, jeszcze raz połowę ceny) do biletu, za który już wcześniej zapłaciłam przez internet. Trochę się posprzeczałam, ale odpuściłam, bo wiedziałam, że nie wygram. Mogli mnie nie wpuścić, a opłatę, która poszła z karty i tak by mieli. Miałam już dosyć tego opitalania z kasy, ale cóż było robić... Poinformowano mnie, że mój autobus odjedzie pół godziny później, niż widniało na bilecie.


Zasiadłam w pobliskim barze obserwując autobusy. Udało mi się nawet wziąć szybki prysznic, z czego się bardzo cieszę, bo po całym dniu łażenia w upale mogłabym się w tym autobusie zaczadzić we własnym kisie. No i co się okazało? Autobus odjechał 20 minut później, niż było na bilecie, ale 10 minut przed czasem podanym przez panią w kasie. To już trzeci raz, kiedy nic, a nic się nie zgadzało. Widać w Birmie czas płynie inaczej.


Podróż była znośna - pospałam nawet nieźle, ale klimatyzacja hulała, jak halny. Było zimno. Nad ranem autobus zatrzymał się na boku autostrady w Yangon. Planowałam jeszcze udać się do miasta, zanim pojadę na lotnisko, ale po doświadczeniach z prędkością transportu i korkami wolałam nie ryzykować spóźnienia. Był za to autobus dowożący do lotniska. No to wsiadłam. Czekałam godzinę przy klimatyzacji, niczym z zamrażarki. Ruszył, kiedy ludzie byli już upchani jak sardynki. Miałam szczęście, że weszłam jako jedna z pierwszych i zajęłam miejsce siedzące.


Poczezłam jakieś 6 godzin na lotnisku, gdzie zjadłam obrzydliwą sałatkę Cesar (nie wiem, jak bardzo trzeba się starać, by ją zrobić w sposób paskudny, ale im się udało) i wróciłam do Sajgonu. Na lotnisku szał. Bo akurat kończyło się Święto Tet. I co się stało, no co? Dokładnie to, co kiedy przyleciałam do HCMC po raz pierwszy. Mój bagaż przepadł. A potem znalazł się na innej taśmie. Ważne, że udało się go szybko odzyskać, bo głupia zostawiłam w środku klucz do mieszkania...


W drodze do domu chwiejąca się na nogach ze zmęczenia po dwóch ostatnich nocach wstąpiłam do kolegi odebrać koty. I cóż się dowiedziałam od niego? Że poprzedniego dnia na lotnisku w Yangon był zamach. Zamordowano popularnego polityka. Zaraz przy wejściu do lotniska. Ot tak, w biały dzień... Przy okazji zginął też taksówkarz.
Powrót do domu bez poważniejszych problemów uznaję zatem za sukces. 

8 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia, oddają ducha Bagan - mojego ulubionego miejsca w Myanmarze i jednego z ulubionych w całej Azji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bagan jest magiczne, zgadzam się z Tobą - najlepsze w kraju, jedno z najlepszych w Azji :)

      Usuń
  2. To się nazywa wycieczka pełna przygód ale widać po Twojej anielskiej cierpliwości, ze jesteś zaprawiona w boju. Piękne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do pewnych rzeczy przyzwyczaiłam się mieszkając w Azji. Ale co bardziej irytujące wydarzenia były przeze mnie okraszone soczystymi k...urtyzanami i tym podobnymi wyrażeniami ;)

      Usuń
  3. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę :) No i jeszcze kupa ciekawych wspomnień do kolekcji

      Usuń
  4. wygląda pięknie, to drugie zdjęcie jest świetne, już na insta się nim zachwycałam, więc na pewno wkrótce wyląduje na klubowym fp :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! nieskromnie powiem, że sama się nim zachwyciłam, jak zobaczyłam jak wyszło :D

      Usuń