wtorek, 28 lutego 2017

Batu Caves

Jaskinie Batu były jednym z miejsc, które koniecznie musiałam zobaczyć podczas wizyty w Malezji. Pierwszego dnia, kiedy przyleciałam do Kuala Lumpur, nie było na to wystarczająco czasu. Postanowiłam, że najrozsądniej będzie poświęcić na jaskinie Batu dzień przed samym wyjazdem.


Na samym początku pojawił się niestety problem z transportem. Nie sprawdziwszy porządnie, co i jak (bo ileż można planować?!) pętałyśmy się w te i wewte po okolicach Chinatown. Wpierw trasa do stacji autobusów okazała się mniej znana, niż być powinna. Potem jednak autobusu nie było. Udałyśmy się na pociąg, ale na niewłaściwą stację. Tam, ku naszemu zadowoleniu pani od biletów wytłumaczyła nam przejrzyście, jak dotrzeć na właściwą.


Pociąg bardzo mi się podobał. Wygodnie, czysto i do tego przystanki były wyświetlane na tablicy. Także nie było sposobu, aby wysiąść na złym, chyba, że człowiek by swoją stację przespał. Jedyne, co mnie skonsternowało, to miejsca wyznaczone specjalnie dla kobiet. Miło, nie? Tylko, że nikt tego nie przestrzegał, pomimo ogłaszania komunikatu o tychże miejscach w głośniku. Połowa pasażerów okupujących je była płci męskiej.


Dotarłyśmy na miejsce mając wiele szczęścia - zaczęło lać. Po uiszczeniu jakiejś głupawej opłaty wbiegłyśmy do jaskini. Było tam dużo różnych scenek z Ramajany. Przedstawione one zostały nadzwyczaj dokładnie. Doszukiwać się detali polecam na zdjęciu poniżej:


Z początku po zwiedzeniu jaskini byłam ciut zawiedziona. Bo jak, że to niby już? Że koniec? Na szczęście nie, do zobaczenia było więcej. Po drodze niemal nacięłyśmy się na drogi wstęp do ZOO w jaskini (zapewne byłoby nam przykro, gdybyśmy weszły nawet nie wiedząc gdzie...). I oto dotarłyśmy do gwoździa programu, czyli tej wielkiej groty, do której włazi się po pierdylionie schodów.


Słynny pomnik był oczywiście poddawany renowacji. Nic nowego - kiedy ja coś zwiedzam, bardzo często się to zdarza. Tak, czy inaczej - miło było zobaczyć to zacne miejsce. Spacer do schodach nie należał do najprzyjemniejszych, bo trzeba odbyć go na boso, a wszędzie wala się ptasie i małpie gówno. Ale cóż poradzić? Nic. Po drodze była jeszcze dostępna atrakcja w postaci drogiego eksplorowania głębokiej i ciemnej jaskini. Cena i obuwie w postaci japonek skutecznie nas odstraszyły od uczestnictwa.


Główna jaskinia była bardzo ładna. Niestety na szczycie, do którego prowadziło kolejne cholera-wie-ile schodów lało przez dziurę w stropie. Dookoła biegały małpy. Nie sprzyjało to więc Uwiecznianiu tych chwil. A byłoby co pokazać. Koniec końców, postanowiłyśmy się wrócić, posilić (zjadłam placka z durianem - mniam!) i wracać na pociąg do Kuala Lumpur.


Na samym końcu czekała na nas niespodziewanie taka oto kamieni kupa. Może ktoś wie, co to za zwyczaj? Ja nie znajduję odpowiedzi, dlaczego na wejściu do świątyni stoją wiadra z kamulcami.

10 komentarzy:

  1. pierdylion schodów...no umarłam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię jaskinie, a najbardziej te naturalne i bez tłumu ludzi. I te schody, które trzeba boso pokonać, oj moje stópki :) A tak serio świetne zdjęcia i dobra relacja z odwiedzin tegoż niezwykłego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Batu Caves z tego,co słyszałam bywają zatłoczone, ale ja na szczęście trafiłam na dobry dzień, kiedy nie było dzikich hord ludzi:)

      Usuń
  3. Nawet rusztowania nic nie ujmują temu wielgachnemu pomnikowi :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ja tych rusztowań po dziś dzień przeboleć nie mogę ;)

      Usuń