wtorek, 14 lutego 2017

Inle Lake #1

Kiedy po pogoni za autobusem z Yangon do Nyaung Shwe usadowiłam się na miejscu z samego przodu odetchnęłam z ulgą. Dalsza część podróży zapowiadała się dobrze. Miałam dwa wolne siedzenia do dyspozycji. Dostałam picie, ciastka, kocyk, a nawet szczoteczkę do zębów. Kocyk bardzo się przydał, bo Birmańczycy kochają poszaleć z klimatyzacją. Termometr w autobusie wskazywał 17 stopni. Ale opatuliłam się grubo, do sandałów wdziałam skarpetki, temperatura zatem była mi niestraszna!

rybak z Inle Lake

Po niedługim czasie w podróży, poszłam szukać autobusowego kibelka. Nie ma. Zapytałam zatem pani z obsługi (tak, poza kierowcą była pani dbająca o komfort pasażerów), kiedy będzie przystanek na sisi. Owa pani natychmiast zagadała do kierowcy, on w trymiga zatrzymał się na poboczu. Wybiegłam więc na zewnątrz. Wuceta ani śladu. Były za to krzaki. Ruszyłam w ich stronę, chyba cudem unikając wpadnięcia do rowu (ciemno było, jak w zadzie). Rozmyślałam tylko - co, jeśli ja tutaj sobie robię przerwę na mikcję, a autobus mnie zostawi i ucieknie z portfelem, paszportem i wszystkim.


Nie uciekł. Za to w międzyczasie inni podróżujący zainteresowali się przerwą. Jak wchodziłam do autobusu, to opuszczała go około 10-osobowa grupa udająca się razem w ustronne miejsce. Zbiorowe siku w krzakach przydrożnych... Tego jeszcze nie było! Ale przynajmniej ze spokojną głową mogłam iść spać w autobuso-lodówce. Niestety nie trwało to długo, bo przed północą wygoniono wszystkich na zewnątrz. Na półgodzinny przystanek. Nieszczęśliwa niezmiernie i śpiąca czezłam sobie na parkingu.

video

Około 5 rano znowu pobudka. Dojechaliśmy? Nieee... pani wysłała mnie i jeszcze kilku pasażerów na pobocze i wyjaśniła, że tam mam się przesiąść na inny autobus do Nyaung Shwe. Machnęła ręką w kierunku, gdzie powinien on stać. A tam nie było nic. Samochód sobie stał. Autobus okazał się być paką tego samochodu, co widać na filmie powyżej. Piździło niemiłosiernie. Zimno było tak, że aż para leciała z ust. Po drodze trzeba jeszcze było uiścić opłatę rządową za wjazd do rejonu Inle Lake. 13.000 Kyat. Ledwie je odliczyłam taka zaspana. Na całe szczęście zostałam dowieziona wprost pod hotel.


Jako, że była dopiero 6 rano, pokój dla mnie nie był jeszcze gotowy. Zjadłam za to śniadanie, wypiłam kawę i wzięłam gorący prysznic (niemal się nie załamałam, bo przez długi czas tylko zimna woda leciała, a ja tak cholernie zmarzłam!), co mi bardzo pomogło dojść do siebie. Zostawiłam plecak w jakiejś kanciapie i zdecydowałam, że nie ma co marnować czasu - chciałam udać się na wycieczkę łódką po jeziorze. Akurat hotel odwiedził pan łódkowy, więc razem z nim poszłam do portu. Niezmiernie się dziwił, że na rejsik chcę wybrać się sama, zamiast łazić i szukać innych ludzi do towarzystwa i podziału kosztów.


Ja po prostu chciałam święty spokój, a ceny rejsów i tak są dość niskie. Pan nie mógł tego pojąć. Chyba myślał, żem jest niezmiernie bogata. Zapytał co chcę zobaczyć i zabrał mnie do swojego brata, który miał mnie obwozić po jeziorze. No i wypłynęliśmy. Krajobraz spowodował u mnie rozdziawienie japy. Piękne góry otaczające jezioro - nie spodziewałam się! Rybacy na małych łódeczkach. Wioski na wodzie. Wszystko to naprawdę mi się podobało.


Jedna rzecz mnie tylko wnerwiła. Na początku wyraźnie zaznaczałam, że nie chcę udawać się do turystycznych miejsc, gdzie tylko sprzedają badziewie i nic więcej (czytałam wcześniej o takich pułapkach turystycznych w Inle Lake jak np. dzieciaki grające na sumieniu, próbujące na siłę, nie koniecznie grzecznie opchnąć swoje produkty). Pan łódkowy zabrał mnie do trzech. I zorientował się, że faktycznie nie jestem zainteresowana, kiedy szybko się rozglądałam i nie miałam najmniejszej ochoty na kupno tandetek. Jeszcze raz podkreśliłam, że interesują mnie krajobrazy i świątynie.


A pan łódkowy zawiózł mnie do domu zamieszkanego przez kobiety z obręczami na szyjach. Czy może raczej na... wystawę ludzi. Kobiety siedziały w jednym z pomieszczeń, a wkoło nich kłębili się turyści chcący sobie zrobić z nimi słit focie. Panie cierpliwie pozowały do zdjęć... Czmychnęłam stamtąd czym prędzej czując się ogromnie zażenowana. Co to tak naprawdę jest? Miałam wrażenie, że to jakieś ZOO dla białasów. No słów mi brakło. Ciężko mi było uwierzyć, że coś takiego naprawdę się odbywa. W paskudnym nastroju wróciłam do łódki. 


I wtedy pan już usłuchał mojej prości i skończyło się na świątyniach. Te mi się bardzo podobały bardzo, mimo iż też na każdym kroku usiłowano coś sprzedawać. U progu jednej świątyni facet usiłował mi opchnąć trzy kawałki kartki. Na początku myślałam, że to bilet. Ale nie. To była zwyczajna podpucha.


Pomiędzy wizytami w świątyniach przyszedł czas na strawę. Zamówiłam sobie rybę w curry, sałatkę z fermentowanych liści herbaty (birmańskie mistrzostwo pokarmowe!) i browarka. Zaprosiłam pana z łódki, żeby spożył sobie coś ze mną. Odmówił i poszedł kajś. Kiedy skończyłam kelnerka przyniosła mi rachunek z dodatkowym daniem, którego nie zamawiałam. Że niby pan łódkowy zamówił i ja płacić mam. Powiedziałam - o nie, tak być nie będzie. Pani chyba próbowała mnie naciągnąć, bo zaczerwieniła się i bez gadania wykreśliła dodatkowe żarcie z rachunku...


Trochę byłam tym wszystkim zmęczona, ale został jeszcze najlepszy punkt. Pagody Shwe Inn Thein. Na początku oczywiście musiałam przebić się przez kupę straganów, ale kiedy już dotarłam na miejsce, to zwyczajnie mnie zatkało. Jeszcze nigdy nie widziałam tyle pagód naraz. Było ich tam... no od groma! Cały las. Łaziłam tam między nimi dobrą godzinę.

naszyjnik z zębów do kupienia w świątyni... ciekawe, czyje to zęby

Po Inn Theim odwiedziłam jeszcze klaszor (zwany Klasztorem Skaczącego kota - koty tam jednak nie skakały) i przyszedł czas na podziwianie zachodu słońca. I to był zdecydowanie jeden z najlepszych punktów wycieczki. Bardzo, bardzo mi się podobało, choć kiedy nastała ciemność zrobiło się też straszliwie zimno. Do Nyaung Shwe wracałam trzęsąc się na łódce i znów marząc o gorącym prysznicu.

świątynne kociwo

Po dotarciu do portu spiesznym krokiem podążałam do hotelu. Przypadkiem zobaczyłam po drodze przystanek busowy z budką biletową firmy, w której miałam zakupiony bilet do Bagan na dzień następny. Po doświadczeniach z poprzedniego dnia uznałam, że rozsądnym będzie podejść i zapytać o godzinę odjazdu. Na bilecie miałam godzinę 19. Pan oznajmił, że bus jednak wyjeżdża o 20, ale żebym się pojawiła około 19.30. Przezornie postanowiłam, że i tak zjawię się wcześniej.


Kiedy dotarłam do hotelu czekało mnie kolejne rozczarowanie. Zaprowadzono mnie do dormitorium. A miałam zamówiony pokój jednoosobowy. Próbowałam wyjaśnić, że to błąd. Pokazałam rezerwację. Okazało się, że to nie błąd, ale po prostu nie ma wolnych pojedynczych pokoi. W tej samej sytuacji, co ja znajdowały się jeszcze dwie osoby. Jedna bez gadania przyjęła wspólny pokój. Mi i jeszcze jednej dziewczynie było to nie w smak. Obsługa łaziła w kółko i tak ze 4 razy próbowali nas wcisnąć do dormitorium. Ja grzecznie, choć stanowczo domagałam się tego, co zarezerwowałam. Towarzyszka niedoli nie wytrzymała i zrobiła awanturę. 


I nagle cóż - da się? Da. Pokój dla niej się znalazł, a mi zaproponowano w zamian inny hotel. O lepszym standardzie. Naburmuszona byłam niemiłosiernie, ale koniec końców trafiłam w całkiem przejemne miejsce. Klimatyzacja dawała radę sensownie ogrzać pokój (co często niestety się nie udaje), także nie było zimno w nocy (czego się spodziewałam - Nyaung Shwe leży na wysokości 900 m.n.p.m, więc jest dosyć zimno po zmroku).


Mimo wielu sprzecznych emocji tego dnia muszę go zaliczyć do udanych. Chociaż wycieczka po jeziorze Inle była jednym wielkim "wydoić białasa z hajsu", to i tak było warto. Bo to piękne miejsce. I drugi raz też bym popłynęła. Jedyne co bym zmieniła - nie bookowałabym hotelu z wyprzedzeniem. Ani autobusu. O słuszności takiego postępowania przekonałam się jeszcze później...

6 komentarzy:

  1. Cudne zdjęcia, niesamowite pagody i w ogóle ciekawe przeżycia. Podziwiam Ciebie i innych, którzy samotnie zwiedzają świat ... ja bym się bała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Na początku trudno ruszyć przed siebie samemu. Jeszcze pamiętam, jakiego miałam stracha przy pierwszych samotnych wyprawach w góry. A wyjeżdżając do Tajlandii - to dopiero było... Ale pierwszy krok jest najtrudniejszy, potem już to jakoś idzie :)

      Usuń
  2. Coś wspaniałego Aniu, jak chętnie podróżowałabym z Tobą! Zdjęcia są mega!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Może kiedyś się uda gdzieś spotkać w podróży!:)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Autobusy jakoś przeżyłam, z hotelem w Bagan to dopiero była makabra! ;)

      Usuń