niedziela, 19 lutego 2017

Inle Lake #2

Kiedy obudziłam się i zeżarłam śniadanie ciesząc oczy pięknym widokiem (posiłek był podany na dachu hotelu) postanowiłam po traumatycznych przejściach dnia poprzedniego upewnić się, że mój hotel w Bagan będzie cacy. Poprosiłam obsługę o wykonanie telefonu do Bagan i potwierdzenie, że przyjadę około 3-4 w nocy i że pokój dla mnie wtedy będzie dostępny (mimo, iż wysłałam wcześniej maila oraz, że zaznaczyłam "late check-in" na stronie agody). Przez telefon wszystko się zgadzało. Czułam się spokojniejsza.


Przeszłam się jeszcze szybko na stację autobusową, ażeby sprawdzić, czy aby nie zmienili od wczoraj wersji godziny odjazdu. Wszystko zostało tak samo. Zatem nadchodził kolejny cel - winnice! Były oddalone jakieś 4,5km od hotelu. Chciałam oczywiście wypożyczyć motocykl, ale nie było. Zaoferowali mi rower. Wspominając jak się użerałam w Cat Tien odrzuciłam ten pomysł. Nie chciało mi się szukać taksówki, poszłam zatem pieszo. I srodze po drodze ucieszyłam się, że nie zdecydowałam się na rower. Prawie cały czas pod górkę po piaszczystej nawierzchni. Winnica położona jest na wzgórzu, więc jadąc miernej jakości rowerem niechybnie zdechłabym.


Kiedy już nieco zdyszana dotarłam na miejsce - zatkało mnie po raz kolejny. Było przepięknie. Pola winogron, kwiaty, a dookoła góry. Zamówiłam 4 różne wina do degustacji. Cena była śmieszna - jakieś 15 zł, a do tego dawali także kawałki chleba z serem do przegryzania pomiędzy. Raj! Najbardziej posmakowało mi białe wino z dodatkiem melona i liczi. Cudo. Czerwone ciutkę trąciło piwnicą, ale białe zdecydowanie to wynagradzało.


Siedziałam tam dobre dwie godziny rozkoszując się widokiem. Wszamałam jeszcze przepyszną sałatkę z fermentowanych liści herbaty (cudo - polecam każdemu, kto będzie odwiedzał Birmę!) i zupę tom yum. Nie mogłam niestety siedzieć tam w nieskończoność, bo planowałam odwiedzić jeszcze jaskinie. Do nich było ok 7, czy 8km, więc tutaj już niezbędny był środek lokomocji. Pani z winnicy zamówiła mi tuk-tuka, ale kierowca nie chciał jechać do jaskiń i wygonił mnie z niego. Dlaczego? Pojęcia nie mam.


Pani kelnerce było chyba bardzo głupio, bo chciała zamówić mi następnego. Zaczęłam jednak pytać ludzi odjeżdżających z parkingu, czy jak dołożę im się do paliwka nie podrzucili by mnie na dół, skąd byłoby mi znacznie bliżej. Złapałam w ten sposób stopa - panowie, którzy zgodzili się mnie podwieźć nie chcieli zaakceptować hajsu. Było bardzo miło. Wysadzili mnie na głównej drodze i stamtąd do jaskiń miałam już tylko krótki spacer.


W środku było bardzo ciemno. Pożałowałam, że przylazłam w sandałach. Grunt nie był zbyt stabilny, a i nie zobaczyłam za dużo. Zrobiłam przynajmniej nieco zdjęć z lampą błyskową, żeby zobaczyć, co jest w środku. A było dużo posągów Buddy. Bardzo, bardzo dużo. Myślę, że spokojnie kilka setek. Najlepiej sytuację w jaskini obrazuje poniższy film:


W jaśniejszych miejscach było jednak bardzo ładnie. Pokręciłam się trochę w te i wewte. Dostałam ochrzan, że nie powinnam była łazić tam w butach. No tak, miejsce kultu. Głupio mi się zrobiło, że na to nie wpadłam, ale za nic w świecie do głowy by mi nie przyszło, żeby zdejmować lacze przed wlezieniem do brudnej jaskini.


Mój czas był niestety limitowany i dość szybko musiałam wracać. Kolejne 5 kilometrów na piechotę. Był to przyjemny spacer. Po drodze przystanęłam w przydrożnej budce. Mieli tam piwko Chang. Wzięłam więc ja dla orzeźwienia i wspominałam sobie wycieczkę do dżungli w Sywestra w Sangkhlaburi. Kiedy z Gandzią siedziałyśmy sobie w takiej właśnie budce w drodze powrotnej popijając Changa.


Ostatecznie zdążyłam jeszcze coś zjeść i wziąć prysznic w hotelu. Na stację autobusową udałam się odpowiednio wcześnie - nieco przed 19 (na moim bilecie planowany odjazd miał być o 19, jednak w informacji powiedzieli mi, że będzie o 20 i potwierdzono to po raz trzeci, kiedy przyszłam). Ja im postanowiłam jednak nie ufać. Usiadłam w barze obok. Autobus zjawił się ok 19.10. Mniej więcej o 19.20 siedziałam w nim. Odjechał 5-10 minut później.


Gdzie tu sens i logika? Brak! Najważniejsze, że tym razem byłam już nauczona doświadczeniem i wiedziałam, że muszę być na czatach. W tym autobusie nie było jednak aż tak zimno, a do tego miła pani na wstępie zapytała jaki rodzaj klusek chcę zjeść. Na postoju czekał pyszny, birmański makaronik! Mniam. Podróż minęła mi całkiem przyjemnie, spałam sobie smacznie.
Problemy zaczęły się znowu w Bagan...

8 komentarzy:

  1. Śledzę Twoją podróż z zapartym tchem! Czekam na ciąg dalszy :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja ci zazdroszczę tych podróży! I coraz bardziej mnie kusi, żeby odwiedzić cię tam w Wietnamie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam serdecznie :) mogłybyśmy pojeździć tu i tam :)

      Usuń
  3. Też bym nie wpadła na zdjęcie butów wchodząc do jaskini. Byłyśmy w podobnym miejscu w Laosie i nie było problemu. A wino melon - liczi brzmi mega super. Eh... tęskno za Azją!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja jak bylam w Tajlandii to nawet tam nie mieli z butami problemu w jaskini. Ale jak widac roznie bywa.
      Przyjezdzajcie do Azji, Birma czeka ;)

      Usuń
  4. niechybnie zdechłabym - ha ha :)
    Oglądać winnice możesz przyjechać do mnie. :)
    Fajna ta wycieczka. Egzotyka mnie przyciąga. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Winnice zawsze kuszą :D
      A gdzie są koło Wiedna? byłam i o żadnych nie wiedziałam, strata, buu ;)

      Usuń