środa, 1 lutego 2017

Langkawi #2

Nie samą plażą i tanim napitkiem na Langkawi człowiek żyje... Przed wyjazdem postawiłyśmy sobie za cel wybrać się także w góry. Na początku myślałam o motocyklowym wjechaniu na Gunung Raya - najwyższy szczyt na Langkawi. Po szybkiej kalkulacji okazało się, że niestety musiałybyśmy się tam wybrać z plecakami, bo do promu wiele czasu nam nie zostało. Dwie dziewuchy, zapakowane toboły, jedna motórzynka - NIE. To oznaczałoby przeszywający ból tyłka po raz kolejny. Padło zatem na Gunung Mat Cincang.


Wjeżdża tam wyciąg, więc samo dostanie się na szczyt byłoby proste, jak drut. I nie trzeba było tachać tam wyładowanych plecaków. Ale po naszych doświadczeniach z Penang Hill miałyśmy krańcowo dosyć kolejek. A tym bardziej kolejek do kolejek. Zdecydowałyśmy jednak dać szansę temu wyciągowi i przechytrzyć system - wybrać się tam jak najwcześniej rano (chyba koło 10 to otwierali...) unikając tym samym tłumów.


I udało się! Nie czekałyśmy wcale długo. Przed wjechaniem na górę pokazali nam jeszcze film 3D, 4D, czy Cholera-Wie-Ile-D. Z rollercoasterem. Kręciło się w głowie, jak jasny pierun od tego. A pod samą salą był postawiony znak "NO VOMITING", prawie taki ładny, jak stworzyłyśmy w Penang. Gdybym była bardziej nażarta, to znak tenże wiele by chyba nie wskórał jednak...


Sam przejazd gondolką był cudny. Widoki obłędne. Mogłabym się tak wozić w górę i w dół. Nie jestem wielką fanką wyciągów, wolę jednak łazikować, ale TO było coś. No i most na samej górze. Sky Bridge ma długość 125m i znajduje się 660m.n.p.m. W niektórych miejscach znajdują się szybki z pleksi, można sobie na nich stanąć i popatrzeć w dół. Świetne wrażenie. Zdecydowanie było warto zmusić się i wjechać na górę. Żałowałyśmy tylko, że czas mamy dość mocno limitowany i nie mogłyśmy spędzić całego dnia na gapieniu się na góry.


Po drodze na prom zdecydowałyśmy się odwiedzić jeszcze jeden wodospad. Daleko tam nie było, ale spiesząc się niemal popierniczyła nam się droga. I niewiele brakło, a zamiast do wodospadu poszłybyśmy do... szopy. Tak, na mapie była zaznaczona szopa. Może była to szczególna szopa? Pojęcia nie mam. Raczej też się prędko nie dowiem. Wodospad za to był niczego sobie.


Na koniec zabrałyśmy jeszcze nasze bagaże, zrobiłyśmy bezcłowe zapasy i trzeba było ruszać w drogę powrotną do przystani promowej. Słońce ostro grzało, tyłki bolały od siedzenia, ale tego człowiek mógłby się spodziewać. Nie spodziewałabym się za to... trzęsienia ziemi. Dwukrotnie myślałam, że coś mi się spierdzieliła kierownica. Albo koło przednie. Albo sama nie wiem co. Tak dziwnie... ruszało na boki. I samo minęło. Dopiero później, już podczas siedzenia w Fish SPA w Penang dowiedziałyśmy się, że właśnie wtedy było mocne trzęsienie ziemi na Sumatrze, więc to najpewniej je było w ten sposób czuć. Co prawda lepiej na motorze, niż gdybyśmy w tym czasie były na promie, ale i tak... Do tych rzeczy niestety nigdy się nie przyzwyczaję...

4 komentarze:

  1. Cudowne zdjęcia! I widoki!
    Do niespodzianek takich jak niespodziewane trzęsienie ziemi chyba nie da się przyzwyczaić :o

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuje:)

    te katastrofy naturalne sa najgorsze - straszne i nie da sie po prostu NIC zrobic!

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie... ten most jest przerażający! Umarłabym tam!

    Ale widoki naprawdę piękne. Byłyśmy w Malezji dwa razy, ale nie udało nam się zobaczyć nawet połowy tego, co warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się staje na tych pleksi szybkach to faktycznie żołądek nieco do gardła podłazi :D
      Ja zobaczyłam sporo w Malezji, bo poraz pierwszy, jak gdzieś jechałam to zaplanowałam wycieczkę, a nie tułałam się z miejsca w miejsce jak popadło ;) i nawet to wyszło! Idąc za ciosem zaplanowałam Birmę i to był... zły pomysł ;)

      Usuń