sobota, 4 lutego 2017

Melaka i malezyjskie wesele

Po długiej nocy w malezyjskim nocnym autobusie dotarłyśmy do Melaki. Ja nawet się nie obudziłam na końcowej stacji (zeżarłam po raz kolejny anythistaminę - żeby nie swędziało jeszcze po Cameron Highlands i żeby dobrze się spało po drodze). Spałam, jako trup i byłam wysoce nieszczęśliwa, kiedy Gandzia oznajmiła mi, że to już pora wysiadać. 


Była kawka i śniadanie w przydworcowym barze. Przyglądałyśmy się grupce grubych, ulicznych kotów. Najpierw zjawiła się jedna kobieta, do której kociwa w te pędy ruszyły. Rzuciła każdemu po rybie. Ledwie zeżarły te ryby, a już pobiegły się do kolejnej kobiety zmierzającej w ich kierunku. Ta miała dla nich kocią karmę. Widać, że koty źle w Malezji nie mają.


Po odzyskaniu sił witalnych czas nadszedł, był na prysznic, a do tego celu potrzebny był nam hotel. Było jakieś 5km, więc zdecydowałyśmy się na taksówkę. Ale cóż, wcześnie rano, kilku taksówkarzy na stacji, widocznie wyczaili łatwy zarobek na dwóch białaskach z plecakami. Rzucili nam jakąś kosmiczną cenę i jeszcze niemiło nalegali, więc pomyślałyśmy "ugryźta się w rzyć - idziemy na nogach". Ale po kilkuset metrach szczęście nam dopisało, wypatrzył nas dreptające kierowca Ubera. Zatrzymał się, zabrał nas i już było po problemie. 


Po doprowadzeniu się do stanu używalności w bardzo miłym hotelu wyruszyłyśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła kręcąca się dookoła wieża widokowa. Ładnie było. Wszystko cacy. Tylko, że... było mnóstwo drących japę dzieciw. W niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu chciało łeb rozerwać. 


No i - co pierwsze rzuca się w oczy w Melace? Ano riksze. Świecące, grające, z przeróżnymi kolorowymi motywami. Jeżdżą ich całe tabuny. Jedna za drugą. Wszędzie. A jak nie jeżdżą to nawołują i wyszukują petenta. Dosyć ciekawie to wygląda i mogłoby być śmieszne, ale wątpię, czy bym nie uciekła po dłużej niż 5 minutach z ŁUBUDUBU głośną muzyką i migającymi światłami. 

mniej ładnie - sklep zoologiczny. niedaleko leżała dogorywająca gęś...

Zdecydowałyśmy się zwiedzać Melakę pieszo. I właściwie w 2 dni obeszłyśmy wszystko, co miałyśmy z zamiarze. Nawet kupiłam (kolejne) ubranie na Jonker Walk. Najlepszym punktem programu okazało się jednak Kampung Morten. Zwiedzałyśmy sobie tradycyjny malezyjski dom (bardzo przyjemnie zorganizowane miejsce, warte zobaczenia) i spotkałyśmy jego właściciela. Od słowa do słowa tak wyszło, że zaprosił nas na wesele, które miało odbywać się wieczorem. 


Oczywiście zgodziłyśmy się z ochotą przyjść. Ja byłam skapcaniała, straszliwie nie chciało mi się, ale czasem trzeba się zmusić. No i przyszłyśmy. Dostałyśmy malezyjskie bluzki i spódnice i usiadłyśmy wraz z innymi zaproszonymi z przypadku białasami by podziwiać ceremonię. Wyglądało naprawdę interesująco, ja niestety jak zawsze w najgorszym momencie niemalże skisłam. Nie wiem, co takiego łohydnego wcześniej zeżarłam tego dnia, ale dało mi w kość nieźle. Przegapiłam więc chyba z połowę uroczystości...
Wracając do rzeczy - pannę młodą przygotowywano i czesano bite 4-5 godzin. Cała konstrukcja na jej głowie musiała ważyć strasznie dużo, biedna siedziała cały czas z zamkniętymi oczami. Wygląda przepięknie, to prawda. Ale nie chcę sobie wyobrażać, jak niewygodne to musi być...


Po wszystkim nadszedł czas na moją ulubioną część, czyli żarcie. Tym razem niestety próbowałam bardzo niewiele z racji moich żołądkowych perturbacji. Dziwnym doświadczeniem było jeść ręką na oficjalnej uroczystości! No i jedyną formą alkoholu na tej imprezie był słodki, sfermentowany ryż zawinięty w liście bananowca - nie cieszył się on specjalnie wielkim zainteresowaniem. Za to ja muszę powiedzieć, że był bardzo smaczny:)


Na sam koniec zaproszono nas na tańce. Tej przyjemności jednak odmówiłyśmy (i do tej pory mam szczerą nadzieję, że nie uraziłyśmy tym pana Malezyjczyka, który nas zaprosił), bo mój żołądek przy jakimkolwiek ruchu z całą pewnością by wywinął salto w te i wewte i nie skończyłoby się to dobrze.
Tak czy inaczej - z punktu zwiedzania Malezji, który miał być tylko "tak na szybko" mamy koniec końców bardzo ciekawe wspomnienie.

4 komentarze:

  1. fantastycznie! tzn. no akurat te żołądkowe przygody niekoniecznie... ja wspominam Melakę bardzo miło, szkoda, że nie było wesela akurat w tym czasie, kiedy my tam byliśmy, niesamowita przygoda i super wspomnienia
    pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melaka jest bardzo przyjemnym miejscem. Może nie takim "intensywnym" jak Penang, czy Langkawi, ale na pewno właśnie miłym :)
      pozdrawiam!

      Usuń
  2. ale wam się kąsek trafił, super zobaczyć takie weselicho :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo fajne doświadczenie, można liznąć troszkę ich kultury w ten sposób :)

      Usuń